piątek, 30 lipca 2010

lipcowe letnie dni mijają jak szalone. ani się obejrzę, a będzie za chwilę kolorowa jesień. po upalnych tygodniach, przyszedł czas lekkiego ochłodzenia. burza za burzą, wiatr wieje-fronty walczą ze sobą gdzieś w chmurach, słonko raz jest raz chowa się za niesamowite granatowe obłoki. odpuściłam sobie kąpiele w jeziorze, choć nie jest wcale aż tak chłodno, mimo ciepłej wody, boję się jakiegoś przeziębienia. brzuszek rośnie z dnia na dzień, mały bobik cały czas daje o sobie znać. kręci się i wierci, raz po raz dając mi jakiegoś szturchańca. zaczął się szósty miesiąc ciąży. jak ten czas szybko leci...małe istotki, dzieciątka koleżanek pojawiają się na świecie jedno po drugim. ja na swojego malucha muszę jeszcze troszkę poczekać. powoli daję się ponieść fali baby boomowych zakupów, dostaję oczopląsu oglądając kolorowe gadżety dla dzieci. skaczę ze strony na stronę, a to w poszukiwaniu wózka, łóżeczka, pościeli, a innym razem przewijaków, wanienek, pieluch. wszystko wydaje się być bardzo potrzebne, choć właściwie powody posiadania tego czy owego, w takim czy innym wydaniu są dla mnie póki co totalną abstrakcją ;)  głowę zaprząta już tylko coraz więcej rzeczy związanych z dzieckiem. na szczęście projekt wiszący tyle czasu nad głową dotarł do końca, z bieżących spraw do napisania został jeszcze biznesplan, muszę też naskrobać jakiś szkic/projekt  wiejskiej drewnianej chałupki rodzicom. w ogródku zaczął się czas zbiorów kolorowej fasolki szparagowej, marchewki, ogórków, kabaczków, cukinii i patisonów. jest tego tyle, że nie nadążam z wymyślaniem pomysłów na potrawy. z pieca zaczyna właśnie pachnieć zapiekana z czosnkiem i pomidorami cukinia. dziś na obiad "szybko i lekko"- pakujemy manatki i wyjeżdżamy na wolny weekend bartka. chłop dostaje już powoli świra siedząc od ponad miesiąca w pracy. przekłada się to niestety na dość nerwową atmosferę, na którą ja nie mam bynajmniej w tym czasie ani siły ani ochoty. ech, takie życie. nie zawsze jest pierwszy maja ;) mimo wszystko ostatnie dni upłynęły dość przyjemnie, było dużo spotkań w gronie przyjaciół, tydzień pod znakiem odwiedzin znajomych. mam nadzieję, że weekend będzie równie udany, że nastroje się poprawią, że miło sobie spędzimy czas.
z nowin mój pies Licho zostanie prawdopodobnie ojcem, była u nas na randce posokowcza suczka :) trochę się tej całej akcji obawiałam, ale wyszło wszystko dobrze. pies przez kilka dni przeżywał rozstanie, było wycie i piszczenie, jednym słowem straszna żałość. teraz jest już dobrze :) czekamy na wiadomości od hodowcy, czy zaskoczyło.

poniedziałek, 19 lipca 2010

entliczek pentliczek  
morelowy knedliczek

jako że lato w pełni, na straganach w warzywniakach pojawiły się już małe pomarańczowe morele. owoce, które nieodłącznie kojarzą mi się z wakacyjnym czasem, z corocznym (przez całe dzieciństwo aż do teraz) wyjazdem z rodzicami, znajomymi nad jezioro. był to zawsze czas beztroskich dni, szaleństw, totalnego oderwania od rzeczywistości, wyciszenia i odpoczynku, ale również czas zajadania się świeżymi owocami i warzywami. na polu przygotowywaliśmy normalne, domowe posiłki, nie było nigdy zupek w proszku, czy gotowych dań ze słoików (choć i takie jedzenie w niektórych sytuacjach na pewno się sprawdza i nie mam nic przeciwko). każdy pichcił coś tam u siebie pod przedsionkiem, ale kilka razy na takim wyjeździe następowało zjednoczenie sił obozowych i wspólnymi siłami robiliśmy np. placki ziemniaczane, kartacze albo kojarzące mi się właśnie najbardziej z wakacjami- knedle z pysznymi małymi morelami. przepis do menu jeziorowego wniosła mojej mamy przyjaciółka ze studiów, Austriaczka. w oryginale Marillenknodel,  coś pysznego... od pierwszego spróbowania tych knedli, nie wyobrażam sobie lata bez tych słodkich, radośnie pomarańczowych, idealnie okrągłych kulek :) obiecałam sobie przynajmniej raz w sezonie pokusić się o ich zrobienie i właśnie przyszła mi na nie ochota i oto i one, moje knedle z morelami:

Knedle z morelami (oryginalny przepis na Marillenknodel)
Składniki:
  230 g twarogu zmielonego, 1 jajo, 1 łyżka cukru, szczypta soli, 1 ½ szkl. przesianej mąki, 1 łyżka stopionego masła, 12 całych moreli.
Na polanie: 2 łyżki masła, ¾ szkl. bułki tartej, 1 łyżka cukru, ¼ łyżeczki cynamonu

Wykonanie:
Z sera odcedzić płyn, dodać jajko i ubijać mikserem. Dodać cukier i sól i ciągle ubijając stopniowo dosypywać mąkę. Gdy ciasto zacznie nabierać kształtu, dolać stopione masło i lekko zamieszać, aby wszystkie składniki się połączyły. Zagnieść kulę i wstawić do lodówki na kilka godzin, najlepiej na noc. Morele wypestkować, do środka można nasypać trochę cukru z cynamonem, jeśli owoce nie są w pełni dojrzałe. Na posypanej mąką tortownicy rozwałkowywać ciasto na cienkie płaty i wycinać koła o średnicy 10 cm. Na środku każdego układać morelę i dokładnie oblepiać ciastem. Na końcu obtoczyć w mące. Gotować we wrzątku 10-15 minut, odcedzić. Podawać polane stopionym masłem z podsmażoną w nim bułką, posypane cukrem. 


ja przepis na knedle lekko zmodyfikowałam, dodaję pół na pół ser biały i ziemniaki wcześniej już ugotowane. mieszam wszystko ręcznie, nie używam miksera. nie wkładam ciasta do lodówki na całą noc, wystarczy najwyżej godzina ( jeśli ktoś da radę wytrzymać, ja nie mogę się już doczekać smaku knedli). ciasto jest dość klejące, nie należy się tym przerażać. wystarczy trochę mąki w zanadrzu i  przy lepieniu kolejnych kulek trzeba posypywać sobie obficie nią ręce. ciasta nie wałkuję- odrywam kawałki i w dłoni kształtuję placuszki. do środka wypestkowanej moreli dodaję sam cukier trzcinowy, cynamon według mnie jest zbędny. knedli robię jak zwykle dużo za dużo, trzeba więc je puścić między ludzi, bo żal zostawiać. oglądać miny uśmiechniętych od ucha do ucha, ciamkających znajomych- bezcenne...knedle są fenomenalne! :)


przeczytałam sobie właśnie fajny artykuł o morelach i tak:
miąższ moreli jest za to bogatym źródłem witaminy C i K, żelaza, tiaminy oraz ulubionego przez skórę beta karotenu. Sam William Szekspir w „Śnie Nocy Letniej” zachwala moc pomarańczowych owoców, jako silnego afrodyzjaku.  morele wskazane są dla osób skarżących się na kłopoty ze wzrokiem, zmęczenie, w okresie rekonwalescencji oraz przy niedoborach żelaza. Jedna szklanka soku pokrywa dzienne zapotrzebowanie organizmu na witaminę C.  morele od tysięcy lat wykorzystywane były do leczenia astmy, zaparć, kaszlu, a nawet infekcji kobiecych. znane są również zapisy o skuteczności oleju morelowego w walce z wrzodami żołądka oraz guzami nowotworowymi (chodzi tu przy tym nie o sam owoc, ale też wyciąg z jego gorzkiej pestki)

piątek, 16 lipca 2010

upalnie i duszno...
temperatury powyżej 30 stopni...
marzę o jakiejś ochłodzie...
o dniu spędzonym pod palmą, przy morskiej bryzie
kolorowych drinkach z lodem i parasolkami 
o zajadaniu cytrusów prosto z drzew
pływaniu z delfinami, albo nurkowaniu na rafie koralowej
stąpaniu po zimnych płytach piaskowca i prysznicu w ruinach starożytnej łaźni
                                         

ech, marzy mi się... wiele rzeczy, ale zadowolę się w zupełności
kąpielą w błękitnej wodzie jeziora wigry
orzeźwiającą zieloną herbatą z miętą i cytryną
pysznym dojrzałym arbuzem
szturchnięciem zimnego nosa mojego psa 
moczeniem nóg w czarnej hańczy
a może nadciągnie letnia burza i powietrze zrobi się chłodniejsze, pachnące deszczem, mokrym piaskiem...
a może ...

poniedziałek, 12 lipca 2010

prawie samo zdrowie na talerzu
obiecałam sobie korzystać jak najwięcej z tego co w tym roku obrodziło w ogródku :)
w tamtym roku niestety wszystkiego nie zjedliśmy, sporo warzywek wylądowało w brzuchach zwierząt gospodarskich, co by nie pisać, że się zmarnowały... 
szaleję więc w kuchni sałatowo, wymyślam zielone wariacje. i chyba nawet nieźle mi idzie, bo chłop uśmiechnięty, wylizuje talerze do czysta, czeka na następną wersję i nie podjada po godzinie czegoś z lodówki. a ja mam cały czas chęć na robienie kolejnych i nie śnią mi się jeszcze w nocy zielone potwory ;) poza tym mam dodatkowo dla kogo dostarczać tych wszystkich witaminek, bobik w brzuchu chyba też jest zadowolony, bo w ostatnim czasie bardzo mocno daje o sobie znać.  wczoraj na obiadek była wersja z malinówkami, ogórkami, serem szopskim, czerwoną cebulą, dziś bardziej kalorycznie, ale też bardziej różnorodnie- mix sałat, liści szpinaku, roszponki, rukoli, a do tego słodki zielony groszek (łuskany i cały), młoda marchewka, chipsy z boczku i grzanki ( pieczone na tłuszczyku ze skwarek) w sosie z majonezu, jogurtu, soku z cytryny i odrobiny musztardy. pychota! 



  

poniedziałek, 5 lipca 2010

kto rano wstaje...
...ten może podziwiać taki piękny poranek 
...temu mgła osiada na rzęsach
...przemaka od porannej rosy
...znajdzie ukojenie w budzącej się do życia przyrodzie
...ten widzi jak rozchylają się pąki kwiatów
...temu dusza wzlatuje z zachwytu razem z podnoszącą się mgłą









 


poniedziałek, 21 czerwca 2010

1 rocznica 
osiemnastego czerwca minął rok od pierwszego mojego wpisu na blogu
dwanaście długich miesięcy, a jakby to było wczoraj
niby nic się ciekawego nie wydarzyło, a jednak ile się przez ten czas działo
tyle wspomnień, cudownych chwil, przeżyć
dni fajnych...albo nie, o których nie warto pamiętać
kawałek mojego życia, zapiski myśli różnych, historii, zdarzeń
zatrzymane na zdjęciach momenty, jak kadry z filmu
fajnie cofnąć się w czasie, poczytać o rzeczach które miały miejsce
popatrzeć z dystansem na emocjonujące kiedyś fakty
z dzisiejszej perspektywy śmieszne, albo wcale nie warte opisania 
lub uśmiechnąć się pod nosem na wspomnienie jakiejś chwili...

wtorek, 15 czerwca 2010

polowanie na żurawie ;)



po dzisiejszym porannym spacerze z psem, po bliskim spotkaniu z młodymi żurawiami (były około 2-3 m ode mnie i wcale nie wykazywały dużego zaniepokojenia moją osobą bądź psem) strasznie plułam sobie w brodę, że nie zabrałam aparatu ( który zazwyczaj mam przy sobie). postanowiłam ( chyba też w desperacji i akcie samoobrony przed wyjazdem do białegostoku) spędzić jeszcze trochę czasu na świeżym powietrzu, polując przy okazji na owe żurawie i od niechcenia zajadając się pachnącymi poziomkami. oczywiście ptaków już w okolicy nie było, słyszałam tylko krzyki znad czarnochańczowych łąk, widziałam jednego szybującego gdzieś wysoko nade mną i tyle dobrego...
ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. w drodze powrotnej, ku ogólnemu zaskoczeniu, napotkałam 3 zające, za każdym razem byłam od zawietrznej, więc udało mi się cyknąć po fotce. pierwszego trafiłam w starej żwirowni, drugiego w wysokiej trawie (właściwie to on wpadł na mnie kiedy na kuckach zrywałam poziomki), a trzeci pasł się spokojnie prawie pod samym domem, ale jak to w życiu bywa, na ekranie aparatu zobaczyłam tylko mrugający czerwony napis "wymień akumulator", do tego kichnęłam i mogłam już tylko obserwować biały ogonek oddalający się zygzakami z prędkością światła...a na pocieszenie los rzucił mi pod nogi orle pióro...ściskając w ręku aparat, w drugim znalezisko, z uśmiechem na twarzy, powędrowałam do domku, dokończyć pakowanie walizki na dzisiejszy wyjazd ;)

"W czerwcu się pokaże, co nam Bóg da w darze"
zbiory ogródkowe póki co bardzo udane, obrodziło w rzodkiewkę, różnego rodzaju sałaty, rukolę, szpinak oraz koperek i szczypior. z ziemi wyglądają już zupełnie spore krzaczki ogórków, fasoli szparagowej, cukinie, kabaczki oraz patisony. marchewka i roszponka są jeszcze mikroskopijne, ale przy takiej pogodzie jak jest teraz (ciepło i mokro) wszystkie warzywka powinny wkrótce ładnie wyrosnąć...
dziś szał sałatowy, mieszam w misce wszystkie kruche i smakowite listki sałat, rukoli i szpinaku, dodaję rzodkiewkę, szczypiorek, koperek i zalewam wszystko śmietaną...niebo w gębie :) pierwsza w tym roku duża miska sałaty z własnego ogródka...cieszy niesamowicie :) zupełnie inny smak warzyw, bez porównania z tymi kupnymi! samo zdrowie na talerzu :) niesamowite, ile frajdy może człowiekowi przynieść zrobienie zagonka, zasianie, potem zbieranie i zajadanie własnych warzyw czy owoców. i w dodatku jaką wielką się odczuwa satysfakcję, przynajmniej jakby się dokonało czegoś wielkiego.  mała rzecz, a cieszy ;) oby więcej takich przyjemności w życiu i oby zawsze chciało się zasiać...




żeby nie było, że to tak wszystko prosto i łatwo się odbywa, że samo się zasiało i samo rośnie, cytat ze starego poradnika gospodarskiego :
"prace i pielęgnowanie warzyw w warzywniaku w czerwcu.  w pierwszej połowie lata najwięcej pracy pochłania pielęgnowanie roślin warzywnych, a więc wzruszanie międzyrzędzi, pielenie, zasilanie, palikowanie i przywiązywanie roślin. trzeba dołożyć wszelkich starań, aby nie dopuścić do zachwaszczenia roślin warzywnych, odbija się to bowiem niekorzystnie na plonach. pielenie i niszczenie chwastów w rzędach przeprowadza się ręcznie, a wzruszanie w międzyrzędach ze względu na oszczędność czasu- motykami..." ;)

poniedziałek, 14 czerwca 2010

seler bulwa szczęścia i zdrowia :)
niepozornie wyglądające warzywo, porowate i dziwnie pachnące, a ile w nim dobroczynnych  właściwości dla organizmu! zawiera mnóstwo składników mineralnych (np. całą masę fosforu), witamin (np. dwa razy więcej witaminy c niż cytrusy), flawonoidy, furanokumaryny  istny skład apteczny zamknięty w guzowatej bulwie 
działanie selera:
przyspiesza trawienie
działa uspokajająco i antydepresyjnie
oczyszcza organizm z toksyn
przeciwzapalny
moczopędny
przeciwbólowy
pobudza przemianę materii
wspomaga układ pokarmowy
wzmacnia układ odpornościowy
obniża ciśnienie tętnicze
polepsza pracę serca
chroni przed wolnymi rodnikami/nowotworami

szklanka soku z selera jest jak eliksir młodości ;)
wszystko to dotyczy zapewne w głównej mierze surowej bulwy, nie wiem ile dobrego z tego pozostanie po przetworzeniu, ale ja uwielbiam np. kotlety a la schabowe z selera, a dziś pokusiłam się o zupę krem, coś ciepłego na bolący brzuszek i inne trawienne problemy :) wyszła pyszna i aromatyczna. mam nadzieję, że cudowna moc bulwy również zadziała, albo przynajmniej efekt placebo-siła pozytywnego myślenia ;)


zupa krem z bulwy selera
kostka bulionu lub wywar z kurczaka (ok 1.5 litra płynu)
1 duży seler (zmiksowany po lekkim rozgotowaniu w wywarze)
1 cebula (najpierw zblanszowana na patelni, a później zmiksowana z resztą zupy)
2-3 łyżki gęstej śmietany lub mały serek topiony (rozrobione z wywarem)
do smaku: sól, pieprz, odrobina curry, świeżo utarta gałka muszkatołowa, listek laurowy, ziele angielskie
do posypania świeża natka pietruszki
podawać z grzankami z białej bułki lub kluseczkami lanymi ( ja wybrałam kluseczki)

czwartek, 10 czerwca 2010


zaczarowany czerwiec
dawno już nie zaglądałam na bloga, a maj przeleciał w mgnieniu oka...tygodnie podzielone między rozjazdy mikołajewsko-białostockie, głowa zaprzątnięta różnymi myślami, duże zmiany w życiu, na głowie ciągle jeszcze nie oddany projekt...jakiś ogólny rozgardiasz, choć teraz powinno być chyba wszystko w miarę poukładane i w tym właśnie czasie spokojne i sielskie... no ale życie pisze różne scenariusze, głowie nie da się powiedzieć żeby za dużo nie rozmyślała, niektórych rzeczy nie da się przyspieszyć, a na jeszcze inne w ogóle nie mamy wpływu...tak to już jest!
po dłuższym pobycie w mieście znowu oddycham wsiowym powietrzem, dusznym co prawda i parnym w ostatnich dniach, ale za to pachnącym rozbuchaną wiosną, a momentami nawet wczesnym latem. cieszę się tym czasem bardzo, w czerwcu jest wszystko to co uwielbiam. zapach świeżo skoszonej trawy, a potem siana schnącego na wietrze, zapach ciepłego poranka i parującej wilgoci po pięknych nocnych burzach, kwitnące sady, bzy, a potem jaśminy, w ogródku przepiękne piwonie- królowe wiosny, w kobiałkach czerwieniące się, roześmiane truskawki, pierwsze kąpiele w jeziorze, bieganie boso po trawie, późno zachodzące słońce i wschodzące zaledwie po kilku godzinach nocy, która nigdy nie jest ciemna, bo niebo ma piękny granatowo- niebieski odcień poprzetykany gdzieniegdzie różowymi i żółtymi smugami...mogłabym chyba wymieniać bez końca, tak cudnie jest w tym miesiącu :) a ja to wszystko chłonę, cieszę oczy, zapamiętuję zapachy.  układam kwiaty w wazonach, podlewam grządki, zajadam truskawki, spaceruję, głaszczę rosnący brzuszek i małego bobika w środku i przede wszystkim staram się myśleć pozytywnie.  niech czerwiec i jego dobrodziejstwa trwają jak najdłużej...



piątek, 14 maja 2010


seria w której zaczytywałam się w poprzednim miesiącu. moje lekarstwo na przesilenie wiosenne, szarówkę za oknem, niedosyt słońca, ale również oderwanie się od rzeczywistości, trochę podróż w czasie do moich wypraw do Włoch, częściowo zaspokojenie marzeń o kolejnej podróży. właściwie pochłonęłam te książki z dziką przyjemnością, choć nie była to może lektura wielce ambitna, na miarę nagrody nobla w dziedzinie literatury. chyba jednak nie o to tylko chodzi w czytaniu, żeby się zachłysnąć mądrą treścią. ta książka urzekła mnie właśnie swoją lekkością, świetnie opisanym klimatem południa, pozwoliła na skrzydłach wyobraźni przenieść się do tych wszystkich cudnie opisywanych miejsc. więc nie wychylając nosa z domu, zrywałam dojrzałe fioletowe grona na winobraniu, piekłam chleb w tradycyjnym piecu, wylegiwałam się na łące pełnej wonnych ziół, jadam ociekające sokiem brzoskwinie zrywane prosto z drzew, upijałam się włoskim winem, zajadałam pecorino, orzechy pinii, domowy makaron z truflami, dotykałam murów starożytnych budowli Etrusków...a wszystkiego tego doświadczyć mogłam dzięki magii literek poukładanych w słowa, zdania, rozdziały, książki. jedyną wadą tych opowieści było ciągłe czytanie o jedzeniu, i to jakim jedzeniu! przybyło mi chyba kilka kilogramów, ciągle biegałam do kuchni po coś na ząb.  czytając,  namiętnie moczyłam chleb w oliwie z oliwek, z odrobinką truflowej lub rozmarynowej, obgryzałam kulki mozzarelli warstwa po warstwie, wyjadłam oliwki ze słoików, czy gotowałam pastę i suggo... to był totalny odlot kulinarny,  nawet ten suchy chleb z czosnkiem i odrobiną oliwy smakował podczas czytania jak wykwintne boskie włoskie danie :) polecam tą lekturę wszystkim, którzy chcą się znaleźć choć przez chwilę pod niebem słonecznej Italii... 

                                                             buon appetito!



wtorek, 4 maja 2010

Maj zieleni łąki, drzewa, już i ptaszek w polu śpiewa...

no i przyszedł ten maj upragniony, zakwitły pierwsze owocowe drzewa, zazieleniło się pięknie, skowronki dają niesamowite koncerty śpiewu, słonka jeszcze troszkę mało, ale pewnie i jego się w końcu doczekam. długi weekend przeminął szybciej niż zwykły. czas spędzony z najbliższymi, znajomymi. niby człowiek odpoczął, ale tak naprawdę to chyba było mniej spokojnie niż zwykle, choć bardzo wesoło i miło. chodziliśmy na spacery nad Czarną Hańczę- odwiedzaliśmy miejsca, które zauroczyły nie tylko gości, ale mnie także, choć oglądałam je przecież nie pierwszy raz. zaprzęgaliśmy konie, było pływanie łódką po Wigrach, a kiedy padał deszczyk- oczywiście obżarstwo ponad granice rozsądku ;) 
w sobotę wybrałam się na targowisko, zakupiłam w końcu moje ulubione kwiaty do doniczek na taras, mama przywiozła mi lawendy. czekałam z sadzeniem na słoneczne późne popołudnie, a w rezultacie wielkie sadzenie roślinek odbyło się w poniedziałek, w największy deszcz :) ale są już na swoich miejscach, co mnie wielce cieszy, bo zrobiło się troszkę weselej za oknami. teraz z drżeniem serca czytam prognozy pogody i niepokoi mnie fakt, że ze środy na czwartek ma być zero stopni, a odczuwalna temperatura to minus pięć. wrrrr  a przed moimi cudnymi kwiatkami jeszcze trzech ogrodników i zimna zośka...no zobaczymy, może będzie dobrze.
dziś za oknem jest dość ponuro, na podwórku zimny wiatr, słonko gdzieś zabłądziło w chmurach. a ja cieszę oczy bukietem żółtych wesołych kaczeńców, który dostałam od swojego chłopa :)  spoglądam za okno na moje piękne angielskie pelargonie, w nogach mam ciepłego psa, w ręku kubek z gorącą herbatką z imbiru, cytryny i miodku. doceniam ciszę i spokój po weekendzie majowym i rozgrzewam brzuszek ;)


 

czwartek, 22 kwietnia 2010

czasem słońce, czasem deszcz...
dziś to nawet śnieg i grad u nas spadł
pani zima musiała powiedzieć ostatnie słowo, nie ma co
fatalna pogoda, fatalne ciśnienie, fatalne samopoczucie
ech, nastawiłam gar rosołu, w sam raz na te warunki atmosferyczne
wołowinkę z zupy zmielę i zapakuję w naleśnikowe ciasto-będą krokiety :) pyszne, zapieczone na chrupko z pomidorami...
ot i cały mój plan na dziś, na poprawę nastroju, aury, na zachciewajki kulinarne 
jak zawsze w takich momentach, marzy mi się kocyk i leżaki przy kominku...
może wieczorem odwiedzimy państwa M. i wygrzeję się na zapiecku...
może partyjka w kości...
a może dzbanek gorącego czaju...
może jakiś film...
a może ciepła drożdżówka i kakao...
ech, dziś u mnie wszystko jest na może, albo na nie...
oby do jutra, oby do maja,  do lata... ;)

wtorek, 20 kwietnia 2010


na wiosenne dni
do piknikowego koszyka
pychotowata tarta ze szpinakiem


na placek:
2 szklanki mąki
pół kostki masła/ mr
1/4 szklanki zimnej wody
1/4 szklanki oleju
łyżka śmietany
(sam placek podpiekam przez 15 minut w piekarniku, aż lekko się zarumieni, następnie wykładam nadzienie i całość zapiekam kolejne 20 minut na 180-200*, aż masa na wierzchu nabierze złotobrązowego kolorku)
wypełnienie:
pierwsza warstwa na spód
0.5 kg szpinaku świeżego/ mrożonka ( blanszuję na patelni z oliwką, łyżką masłą i dużą ilością czosnku,przyprawiam pieprzem i gałką muszkatałową)
druga warstwa
150 g sera białego ( używam capri lub wiejski) +2 jajka ( wszystko razem miksuję, doprawiam solą, wylewam na szpinak)
wierzch tarty posypuję płatkami parmezanu 

czwartek, 15 kwietnia 2010




wiosna pełną parą, zazieleniło się, powychodziły pierwsze leśne i polne kwiatuszki, cudnie jest. słonko pięknie przygrzewa, choć od ziemi ciągnie jeszcze chłodkiem...zgodnie z zaleceniem tubylców, czekam jeszcze z siewem nasionek w warzywniaku. mimo tęgich mrozów i braku okrycia w zimie, moje przydomowe krzewy o dziwo przetrwały, puściły pięknie pączki, co wielce mnie uradowało. bałam się, że może być z nimi krucho. wczoraj jedliśmy pierwszy wiosenny plenerowy posiłek- obiadek na pomoście nad Czarną Hańczą. zachciało mi się kanapek piknikowych z kotletami mielonymi z pietruszką i koperkiem, do tego zrobiłam w pojemniczkach mizerię i pomidory z cebulką, w termos herbata... mniam, wyszło pysznie i w dodatku apetyt na świeżym powietrzu był podwójny, uszy się trzęsły od zajadania ;)  oczka nacieszyły się pięknymi widokami, uszy śpiewem ptaków, a  ciałko promykami słonka...

sobota, 10 kwietnia 2010

[*]
kwietniowa smutna sobota...
z niedowierzaniem przyjęłam wiadomość o katastrofie polskiego samolotu
wielki żal, niewyobrażalna tragedia...
w głowie kołacze się pytanie dlaczego...dlaczego dzieją się takie rzeczy...!? 
to straszne, nie umiem sobie tego wytłumaczyć

niedziela, 28 marca 2010

gdzieś zasłyszane...
wpadło w ucho...
na dobry początek przedświątecznego tygodnia
na tupu tupu nóżką przy wyrabianiu mazurków i bab
na poprawę nastrojów
zamiast kawy- na rozruszanie ;)
fajne klimaty...




czwartek, 25 marca 2010

taka sobie świąteczna układanka
baziowo-kulkowa 

środa, 24 marca 2010

zauroczona...
jestem od jakiegoś czasu, pewnym facetem, ogólnie rzecz biorąc, a może raczej jego twórczością...
ten ktoś to Jan Jakub Kolski. ostatnio namiętnie wpatruję się w jego filmy. przypadkiem wpadła mi w ręce "Afonia i pszczoły" no i zaczęło się...później "Jasminum", "Historia kina w Popielawach", "Grający z talerza"...przypomniałam sobie też filmy, które kiedyś już oglądałam "Szabla od komendanta","Pornografia" i  kultowy "Jańcio wodnik"... poszukuję namiętnie następnych filmów i książek ;)
i ciągle mi mało...tych magicznych kadrów, baśniowego stylu, przecudnych pejzaży, klimatu wsi, małych cudów. zauroczyło mnie takie niesamowite, a zarazem naturalne połączenie rzeczywistości z czarami, magią, religią  i pogańskimi podaniami. zafascynowało przedstawienie zwyczajnego świata, ale jak tak bardzo dalekiego od szarej rzeczywistości, malowanego na ekranie  jak pędzlem malarza impresjonisty.  no i te ujęcia, ech...strasznie wyostrzają wzrok, pobudzają wyobraźnię, po filmie mam ochotę lecieć w pole z aparatem, szukać tego szczególnego światła, takich cudnych kadrów i zapachów: mokrej trawy, sianokosów, powietrza po burzy... mając przed oczami ruchomy obraz na ekranie, odnoszę wrażenie, że przeglądam jakiś niesamowity album fotograficzny, mistrzostwo świata po prostu! choć ogólnie świat w twórczości Kolskiego jest nieco mroczny, pełen dziwnych, czy też ułomnych postaci i jak  sam autor mówi "nasyciłem ekran smutkiem, zużyłem cały osobisty zapas mroku", to mimo wszystko odnajduję w nim pełno optymizmu, miłości, otuchy, zmysłowości...i "ten szczególny refleks, który trafia widza prosto w serce i każe się zanieść do domu"o którym mówi Kolski....


niedziela, 21 marca 2010

wiosna
  • wieje cieplejszy wiatr :)
  • są już pączki na drzewach
  • pada kapuśniak
  • nie ma już prawie śniegu
  • słychać krzyki żurawi
  • ptaki świergolą jak głupie
  • w gniazdkach jajeczka ( w orlim pojawiło się dziś jedno) :)
  • przestałam nosić futrzaną czapkę i rękawiczki
  • chyba zamienię zimowe buty na kalosze 
  • niestety potwory kleszcze już atakują
  • mam pierwszego krokusa w ogródku- żółtego! ;) 
  • w okolicy są już malutkie kotki, bazie na drzewach 
  • mój wawrzynek wilcze łyko ma piękne pączki, chyba zakwitnie :)
  • jest pierwszy bocian! :)

sobota, 20 marca 2010

ostatnio jakoś nie wychodzi mi pisanie notek, chęci brak albo weny czy też czasu. zdjęcia robię  głownie w domu, na podwórku nudna przejściówka zimowo-wiosenna, ani koloru ani nawet odrobiny słonka ostatnio nie ma. dni też jakoś tak mijają bardzo spokojnie, nie dzieje się właściwie nic nadzwyczajnego. chyba przez tą aurę zapanował taki chwilowy marazm. błoto wszędzie, chlapa wszędzie...co to będzie!?
dobrze, że przed kilkoma dniami odwiedzili nas znajomi, zawsze to jakaś odmiana i weselej troszkę się zrobiło. na początku tygodnia  musieliśmy odbębnić krótki wyjazd do Białegostoku. smutny to był czas jakiś taki, pożegnałam swojego kochanego Ptaka, kanarka staruszka, ech. w moim pokoju zrobiło się cicho i pusto.  chociaż chciało mi się posiedzieć spokojnie w domu, to nie za bardzo dawałam radę się odprężyć. ciągle mi się na wspominki zbierało i smuteczki jakieś. no ale takie życie...trzeba przetrawić...
wczoraj złożyłam kolejny, trzeci już wniosek o dofinansowanie, w Białymstoku, zobaczymy jak wypadnę, tym razem podbijam stolicę województwa ;) za pierwszym razem zabrakło dwóch punktów, za drugim lista rezerwowa i dwie dziesiąte punktu za mało. żadnych wniosków z kart oceny merytorycznej niestety wyciągnąć nie miałam jak, państwo oceniający nie zgodzili się ze sobą w ani jednym punkcie, masakra...widać nie ma na ocenę żadnego klucza, ani metody...jest to po prostu subiektywna ocena jednostki "unijnego sprawdzacza wniosków". czysta anarchia. nie wiem czy to dobre słowo...raczej absurd, a do tego loteria losowa...no nic, ale jak się chce kaskę trzeba po nią sięgać, sama nie przytupta i nie zapuka do drzwi, dlatego próbuję, póki co dzielnie i bez załamywania rączek...ale wewnętrzne poczucie niesprawiedliwości i cierpliwość, mają swoją granice...
ostatnio jestem fanką kamerek online podglądających dzikie zwierzęta, moja ulubiona to ta zainstalowana przy gnieździe orłów, po prostu niesamowite wrażenie robią na mnie te ptaki! , ale prześmieszne akcje można tez zobaczyć na ujęciach z łowiska, gdzie rozrzucana jest karma, gdzie stołują się dziki, sarny, jelenie (np.codziennie ok godziny 16, pan leśniczy zakarmia i zasiada na wiaderku, które wcześniej sobie ścieli słomą i przez dobrą godzinę siedzi nieruchomo, a wokół biega bez składu i ładu, jak po arenie cyrkowej momentami nawet setka dzików :) człowiek się może wciągnąć, jak w "dobry" brazylijski serial, nie ważne jak długo nie oglądasz, ale włączasz i wiesz wszystko! 
akcje z dzikami mogę śledzić też na żywo. w okolicy pan przewrócił słup energetyczny, jadąc za szybko traktorem ;) więc stary słup usunięto, a wkopano nowy, rozgrzebując zamarzniętą ziemię. już wieczorem wieści o nowej stołówce rozeszły się po okolicznym lesie, a dzicz kudłata przegrzebuje namiętnie co dzień od nowa każdy centymetr ziemi wokół nowego słupa, powiększając średnicę zrycia średnio o kilka metrów...oczywiście zwierzęta są tak zajęte penetracją gruntu, że nie zwracają prawie w ogóle uwagi na otoczenie, więc spokojnie można się im przyglądać :)

piątek, 19 marca 2010

w świątecznym nastroju...








niedziela, 14 marca 2010

moja 
domowa 


wiosna
 

środa, 10 marca 2010

marzec płata figle, wiosna była już prawie, a tu zima znowu nastała...za oknem biało, pięknie oszronione drzewa, i cała masa słonka na pocieszenie :)
ostatnie dni minęły pod znakiem badań lekarskich, wyników krwi i takich tam...dziś odebrałam testy na boreliozę- negatywne! cieszę się bardzo. prawie wszyscy najbliżsi znajomi chorują i już miałam wizję miesięcznej kuracji antybiotykami ( z nie wiadomo jakim skutkiem).  a trochę tych kleszczy w zeszłym roku, w okresie wiosenno-letnio-jesiennym niestety złapałam. ominęło mnie to wątpliwe szczęście zarażenia się ,uff. ale sezon kleszczowy znowu przed nami... za chwilę, zachęcone promykami słonka, wyjdą te małe potwory i będą zatruwać nam życie, zakłócać wiosenne spacery, siać popłoch po powrocie z podwórka...nie cierpię tego, ech. jutro czekają mnie kolejne testy, mam słaby jeden wynik krwi, który świadczy być może właśnie o alergii, cholera, jeszcze tego nie było w repertuarze! być może stąd biorą się te moje wiecznie chore zatoki...? no nic, pożyjemy, zobaczymy...najważniejsze, że wyniki tarczycy dobre i ogólnie też wszystko w miarę oki, mam okresowe badania z głowy na jakiś czas :) 
święta zbliżają się wielkimi krokami, czas leci jak szalony, a pamiętam jakbym wczoraj robiła stroiki na poprzednią Wielkanoc, szok...niedługo muszę przysiąść i powymyślać jakieś ozdóbki śmieszne, może na te święta uda mi się wyrobić z pocztówkami trochę wcześniej. palmę zakupiliśmy na kaziukach, więc choć to już z głowy ;)
tymczasem biegnę przycinać drzewka, bo to już ostatni moment!
 

środa, 3 marca 2010

za oknem od rana słonko...
jest ciepło, choć wieje nieprzyjemny wiatr
ogólnie pogoda w kratkę...
raz z chmurki sypnie śnieg, raz deszczyk pokropi
no ale jak to mówią "w marcu jak w garncu"

zmajstrowałam dziś fajny obiadek
szybkie wiosenne conieco
taki właśnie marcowy miszmasz kuchenny :)
wyszło pychotkowato! 

Placuszki z cukinii
z sałatą z cykorii i grillowanej papryki
polane sosem serowo-czosnkowym
  
  

na placki:
(10 placuszków-2 osoby)
starkowana jedna młoda cukinia (25cm) 
dwa jajka
4 łyżki mąki
natka pietruszki
sól, pieprz
na sałatkę: 
dwie cykorie pocięte w paski
jedna czerwona papryka, grillowane paski
na sos:
150g fety
2-3 łyżki jogurtu naturalnego
2 ząbki czosnku
(wszystko razem zmiksować)

poniedziałek, 1 marca 2010

"Zaledwo zimy minęła pogróżka,
W łagodnym, miękkim i tkliwym powiewie
W sad nagi wchodzi wiosna, nowicjuszka
Skromna, co jeszcze o swych czarach, nie wie..."


przedwiośnie 
uroki wsi, okolicy w jakiej mieszkam, doceniam zawsze najbardziej po powrocie z miasta. po kilku dniach w betonowym, zurbanizowanym krajobrazie, nie przeraża mnie już nawet błoto po kolana, a byle kałuża wydaje się być jakimś zaczarowanym zwierciadłem, w którym można ujrzeć ten niesamowity błękit wiosennego nieba. kiedy wyjeżdżałam, we czwartek, wokół było zupełnie biało, dookoła piętrzyły się zaspy śnieżne.  przez te kilka dni nieobecności okolica zupełnie się zmieniła, wreszcie coś się ruszyło, ożywiło w przyrodzie... czerń i biel przeobraziła się w beżowo-brązowy melanż poprzetykany gdzieniegdzie błękitem nieba oraz odcieniami zieleni zeszłorocznej trawy.  jest przyjemnie ciepło, człowiek ma chęć zrzucić z siebie zimowe ubrania, poczuć na skórze te pierwsze wiosenne promienie słońca, oddychać głęboko, wciągać zapach rozmarzającej ziemi...