piątek, 24 września 2010
pięknie się jesień w tym roku rozpoczyna. może to nie babie lato, ale słonko ładnie świeci i jest przyjemnie ciepło.choć pola już smutne, zaorane- to złote trawy na łąkach i kolory lasu, który dopiero lekko zaczyna się rumienić przyciągają jak magnez. aura i okoliczności sprzyjające spacerom. zaczęło się też rykowisko, coroczny piękny spektakl, którego obejrzenia nie mogę sobie odpuścić. dzisiejszej nocy spędziłam kilka ładnych godzin łażąc po lesie, nasłuchując i próbując zlokalizować ryczące byki. a tak pięknej nocy dawno już nie widziałam, pełnia księżyca, polany oświetlone mlecznym światłem, unosząca się lekka mgła. znane mi miejsca wyglądały w tej poświacie jak zaczarowane. w lesie niesamowite scenografie, tajemnicze, przyciągające wzrok, działające na podświadomość- czasem straszne. do tego zupełna cisza i tylko ten koncert na kilka głosów...który mocniejszy, silniejszy. a był w tym chórze jeden solista, niezwykły talent wokalny. jeszcze takiego głosu nie słyszałam. choć tego akurat byka nie udało mi się zobaczyć, to chyba wcale nie żałuję. podchodząc go miałam wrażenie, że za chwilę zobaczę wielkiego samca, w świetlistej poświacie nieuchwytnego jelenia św. Huberta. gdyby okazał się być jak inne, czar prysnąłby, a z nim magia chwili i genius loci....
choć noc piękna, to jednak przemarzłam na kość, co w moim stanie nie jest raczej najmądrzejsze. całe szczęście, że zabrałam ze sobą termos z herbatą, którą popijałyśmy sobie ( bo po lesie chodziłyśmy tym razem we dwie, w babskim składzie) z Anną, jak zaczynały podmarzać paluchy u rąk i z nosa kapało. w ogóle byłyśmy bardzo dobrze zaopatrzone na ten wypad, miałyśmy nawet ze sobą noktowizor, który co prawda w tą jasną noc nie był zupełnie potrzebny. miałyśmy iść na godzinkę, a wróciłyśmy do domu dopiero po pierwszej w nocy. po powrocie zaaplikowałam sobie szybką ciepłą kąpiel, mleko z miodem do łóżka i jakoś nawet dziś żyję. mam nadzieję, że następstw tej nocy nie będzie. oby! w nocy śnił mi się oczywiście las, a co najdziwniejsze w uszach miałam cały czas ryk tego byka i wrażenie, że ten donośny głos ze środka wigierskiego parku dociera aż do naszych mikołajewskich pól. to chyba na tej samej zasadzie, jak po rybach gdy zamyka się oczy to widzi się wodę i spławik, albo po grzybobraniu kapelusze borowików :) w każdym razie noc była niesamowita...
zdjęcie znalezione w necie, autor nieznany
poniedziałek, 20 września 2010
albo to jesień, albo te trzydzieste urodziny tak dziś wpływają na mój nastrój. jakoś nic się nie klei, nic się nie chce, brak weny, ogólny marazm zakradł się dzisiejszego ranka i tak trwa przez ten cały wrześniowy poniedziałek. a za oknem czerwienieje powoli wino, owoce dzikiej róży, liście przybierają złote barwy, żurawie szykują się do odlotu. wszystko jest jakieś taki ciche i spokojne, tylko wiatr od czasu do czasu zawyje w kominie. miałabym chęć dziś zasnąć pod starym drzewem w hamaku, albo rozpalić ognisko i upiec ziemniaki. nostalgicznie mi dziś i chyba nic już tego nie zmieni. bezczynność mnie dobija, chyba wezmę się za jakieś przetwory, choć miałam dać sobie spokój. mam pod ręka pigwę, jabłka, owoce dzikiej róży, czarny bez...może coś z tego dobrego wyniknie. tylko skąd wziąć dziś siłę na jakiś ruch, jak w rączkach i nóżkach nie ma mocy. a może to raczej w głowie brak chęci, ech...a może to tylko jesień. tymczasem czekam z utęsknieniem na ciepły wrześniowy dzień, na jeszcze trochę słońca i babie lato....na poprawę nastroju!
niedziela, 19 września 2010
na okrągło...
dziś przed oczami mam taki oto obrazek: po kuchni krząta się gosposia z okrągłym brzuszkiem, przygotowując okrągły tort, na swoje okrągłe 30 urodziny. w między czasie układa w koszach okrągłe czerwone jabłka zerwane prosto ze starej pokrzywionej jabłonki w dzikim sadku za miedzą na polu, na przemian z dużymi kiściami winogron, pełnych okrągłych słodkich bubek, które swoją słodyczą przypominają gosposi wczesną jesień spędzoną gdzieś na południu europy. w wazony wkłada kwiaty, astry, dalie, słoneczniki, które rankiem dostała od swojego chłopa, a ich żółte okrągłe buzie śmieją się do niej aż miło. na okrągło w głowie przemykają gosposi myśli, a to o okrągłym brzuszku: jak duży jeszcze urośnie, czy mała istotka, która tam siedzi będzie miała okrągłą buźkę z dołeczkami, czy będzie zdrowa i czy musi aż tak bardzo swoją mamę kopać...a to o cieście, czy wyjdzie idealnie okrągłe, czy będzie zjadliwe, czy zachwyci gości niebanalnym smakiem ....a to o trzydziestych okrągłych urodzinach, że to już nie przelewki, poważny wiek a gosposia cały czas jeszcze taka nierozgarnięta, niepoukładana i na okrągło czegoś jeszcze szuka, o czymś marzy, zamiast myśleć o przyszłości, przemykającym na okrągło czasie...a wszystkie te rozterki, przemyśliwania i prace kuchenno domowe przerywają gosposi na okrągło telefony od najbliższych z życzeniami urodzinowymi....i tak to mija gosposi dzionek ;)
dziś przed oczami mam taki oto obrazek: po kuchni krząta się gosposia z okrągłym brzuszkiem, przygotowując okrągły tort, na swoje okrągłe 30 urodziny. w między czasie układa w koszach okrągłe czerwone jabłka zerwane prosto ze starej pokrzywionej jabłonki w dzikim sadku za miedzą na polu, na przemian z dużymi kiściami winogron, pełnych okrągłych słodkich bubek, które swoją słodyczą przypominają gosposi wczesną jesień spędzoną gdzieś na południu europy. w wazony wkłada kwiaty, astry, dalie, słoneczniki, które rankiem dostała od swojego chłopa, a ich żółte okrągłe buzie śmieją się do niej aż miło. na okrągło w głowie przemykają gosposi myśli, a to o okrągłym brzuszku: jak duży jeszcze urośnie, czy mała istotka, która tam siedzi będzie miała okrągłą buźkę z dołeczkami, czy będzie zdrowa i czy musi aż tak bardzo swoją mamę kopać...a to o cieście, czy wyjdzie idealnie okrągłe, czy będzie zjadliwe, czy zachwyci gości niebanalnym smakiem ....a to o trzydziestych okrągłych urodzinach, że to już nie przelewki, poważny wiek a gosposia cały czas jeszcze taka nierozgarnięta, niepoukładana i na okrągło czegoś jeszcze szuka, o czymś marzy, zamiast myśleć o przyszłości, przemykającym na okrągło czasie...a wszystkie te rozterki, przemyśliwania i prace kuchenno domowe przerywają gosposi na okrągło telefony od najbliższych z życzeniami urodzinowymi....i tak to mija gosposi dzionek ;)
czwartek, 19 sierpnia 2010
dziś dostałam upomnienie, że się opuszczam z blogiem i w ogóle co to za bezczynność...czas jakiś taki ostatnio bardzo napięty. mimo, że tak naprawdę mało mam ważnych, pilnych spraw do zrobienia, codziennie jestem czymś zajęta, zaaferowana . za to tematy, za które powinnam się zabrać już dawno, leżą sobie na półce i czekają na swoją kolej. przez ostatnich parę tygodni głównym zjadaczem mojego czasu było poszukiwanie dziecięcych akcesoriów, a to wózka, kołyski, przewijaka, pościeli. nawet nie wiem, ile godzin przesiedziałam gapiąc się bezsensownie w ekran. piszę "bezsensownie"- niestety, albo wybór w Polsce jest tak kiepski, albo ja ma już lekkiego zajoba. chyba jednak to pierwsze, ponieważ odpalam byle jaką obcojęzyczną stronkę, czy to angielską, czy niemiecką i tam podoba mi się prawie wszystko, nie licząc cen :) takim to sposobem doszłam do wniosku, że głowę swoją mam i chyba coś porysuję, zamiast wybrzydzać. z meblami do pokoju dziecięcego poszło mi nawet nieźle, powstała koncepcja, mały szkico-projekt. stolarz dostał rysunki i działa. to mam załatwione. pościel też uszyję sama, mam chęć na ekologiczną, przaśną bawełnę lub len...oczywiście materiały ze standardem oko-tex nie do dostania w sprzedaży na metry. więc tu mam problem. wstępnie zamówiłam też patchworkową narzutę, ochraniacz i poduszkę do łóżeczka. z tego jestem najbardziej zadowolona, jeśli uda się to zrealizować, spełni się moje marzenie z dzieciństwa o posiadaniu patchworkowego przykrycia :) powoli, bardzo powoli :) odhaczam pozycje na liście sprawunków dla dzidzi.
poza tym wszystko po staremu. upały, słońce, 40* na termometrze...choć w tym tygodniu na szczęście troszkę odpuściło.ostatnio kilka naprawdę fajnie i miło spędzonych dzionków. a to z przyjaciółmi, którzy nawiedzili nas w weekend, a to z tubylcami przy samowarze sierpniowe wieczory, po drodze świetny koncert klezmerów przy synagodze w Sejnach, kąpiele w Czarnej Hańczy i Wigrach, ogniska i fajna deszczowa impreza w stodole w Zamczysku- naprawdę cudny czas...
a sierpień umyka dzionek za dzionkiem. mimo wysokich temperatur, jakoś tak pod skórą jesień już czuć. ech...wieczory coraz krótsze, niebo usiane gwiazdami, deszcze perseidów. chciałby się przedłużyć to lato, jak co roku jest zbyt krótkie, a może to kwestia tego, że ten czas leci jak szalony...wydaje się, jakby przed chwilą był jeszcze śnieg na polach, potem Wielkanoc i mały bobik zasiedlił się w brzuszku...marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec a teraz już koniec sierpnia i znowu wszystko nieuchronnie prowadzi do kolejnej zimy. jedynym pocieszeniem jest to, że maleństwo pojawi się w tym czasie na świecie. chyba nie mogę się już doczekać :) póki co brzuch rośnie, a bobik rozpycha się jak szalony. w sobotę idę na kolejne usg, mam nadzieję, że zagadka enigmy zostanie rozwiązana i poznam płeć małego ktosia...
tymczasem popatrzę sobie dziś na sierpniowe niebo, może zobaczę co w gwiazdach zapisane...może choć jedno z życzeń wypowiedzianych cicho, po zobaczeniu spadającej gwiazdy, spełni się...kto wie :)
poza tym wszystko po staremu. upały, słońce, 40* na termometrze...choć w tym tygodniu na szczęście troszkę odpuściło.ostatnio kilka naprawdę fajnie i miło spędzonych dzionków. a to z przyjaciółmi, którzy nawiedzili nas w weekend, a to z tubylcami przy samowarze sierpniowe wieczory, po drodze świetny koncert klezmerów przy synagodze w Sejnach, kąpiele w Czarnej Hańczy i Wigrach, ogniska i fajna deszczowa impreza w stodole w Zamczysku- naprawdę cudny czas...
a sierpień umyka dzionek za dzionkiem. mimo wysokich temperatur, jakoś tak pod skórą jesień już czuć. ech...wieczory coraz krótsze, niebo usiane gwiazdami, deszcze perseidów. chciałby się przedłużyć to lato, jak co roku jest zbyt krótkie, a może to kwestia tego, że ten czas leci jak szalony...wydaje się, jakby przed chwilą był jeszcze śnieg na polach, potem Wielkanoc i mały bobik zasiedlił się w brzuszku...marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec a teraz już koniec sierpnia i znowu wszystko nieuchronnie prowadzi do kolejnej zimy. jedynym pocieszeniem jest to, że maleństwo pojawi się w tym czasie na świecie. chyba nie mogę się już doczekać :) póki co brzuch rośnie, a bobik rozpycha się jak szalony. w sobotę idę na kolejne usg, mam nadzieję, że zagadka enigmy zostanie rozwiązana i poznam płeć małego ktosia...
tymczasem popatrzę sobie dziś na sierpniowe niebo, może zobaczę co w gwiazdach zapisane...może choć jedno z życzeń wypowiedzianych cicho, po zobaczeniu spadającej gwiazdy, spełni się...kto wie :)
piątek, 30 lipca 2010
lipcowe letnie dni mijają jak szalone. ani się obejrzę, a będzie za chwilę kolorowa jesień. po upalnych tygodniach, przyszedł czas lekkiego ochłodzenia. burza za burzą, wiatr wieje-fronty walczą ze sobą gdzieś w chmurach, słonko raz jest raz chowa się za niesamowite granatowe obłoki. odpuściłam sobie kąpiele w jeziorze, choć nie jest wcale aż tak chłodno, mimo ciepłej wody, boję się jakiegoś przeziębienia. brzuszek rośnie z dnia na dzień, mały bobik cały czas daje o sobie znać. kręci się i wierci, raz po raz dając mi jakiegoś szturchańca. zaczął się szósty miesiąc ciąży. jak ten czas szybko leci...małe istotki, dzieciątka koleżanek pojawiają się na świecie jedno po drugim. ja na swojego malucha muszę jeszcze troszkę poczekać. powoli daję się ponieść fali baby boomowych zakupów, dostaję oczopląsu oglądając kolorowe gadżety dla dzieci. skaczę ze strony na stronę, a to w poszukiwaniu wózka, łóżeczka, pościeli, a innym razem przewijaków, wanienek, pieluch. wszystko wydaje się być bardzo potrzebne, choć właściwie powody posiadania tego czy owego, w takim czy innym wydaniu są dla mnie póki co totalną abstrakcją ;) głowę zaprząta już tylko coraz więcej rzeczy związanych z dzieckiem. na szczęście projekt wiszący tyle czasu nad głową dotarł do końca, z bieżących spraw do napisania został jeszcze biznesplan, muszę też naskrobać jakiś szkic/projekt wiejskiej drewnianej chałupki rodzicom. w ogródku zaczął się czas zbiorów kolorowej fasolki szparagowej, marchewki, ogórków, kabaczków, cukinii i patisonów. jest tego tyle, że nie nadążam z wymyślaniem pomysłów na potrawy. z pieca zaczyna właśnie pachnieć zapiekana z czosnkiem i pomidorami cukinia. dziś na obiad "szybko i lekko"- pakujemy manatki i wyjeżdżamy na wolny weekend bartka. chłop dostaje już powoli świra siedząc od ponad miesiąca w pracy. przekłada się to niestety na dość nerwową atmosferę, na którą ja nie mam bynajmniej w tym czasie ani siły ani ochoty. ech, takie życie. nie zawsze jest pierwszy maja ;) mimo wszystko ostatnie dni upłynęły dość przyjemnie, było dużo spotkań w gronie przyjaciół, tydzień pod znakiem odwiedzin znajomych. mam nadzieję, że weekend będzie równie udany, że nastroje się poprawią, że miło sobie spędzimy czas.
z nowin mój pies Licho zostanie prawdopodobnie ojcem, była u nas na randce posokowcza suczka :) trochę się tej całej akcji obawiałam, ale wyszło wszystko dobrze. pies przez kilka dni przeżywał rozstanie, było wycie i piszczenie, jednym słowem straszna żałość. teraz jest już dobrze :) czekamy na wiadomości od hodowcy, czy zaskoczyło.
z nowin mój pies Licho zostanie prawdopodobnie ojcem, była u nas na randce posokowcza suczka :) trochę się tej całej akcji obawiałam, ale wyszło wszystko dobrze. pies przez kilka dni przeżywał rozstanie, było wycie i piszczenie, jednym słowem straszna żałość. teraz jest już dobrze :) czekamy na wiadomości od hodowcy, czy zaskoczyło.
poniedziałek, 19 lipca 2010
entliczek pentliczek
morelowy knedliczek
Wykonanie:
Z sera odcedzić płyn, dodać jajko i ubijać mikserem. Dodać cukier i sól i ciągle ubijając stopniowo dosypywać mąkę. Gdy ciasto zacznie nabierać kształtu, dolać stopione masło i lekko zamieszać, aby wszystkie składniki się połączyły. Zagnieść kulę i wstawić do lodówki na kilka godzin, najlepiej na noc. Morele wypestkować, do środka można nasypać trochę cukru z cynamonem, jeśli owoce nie są w pełni dojrzałe. Na posypanej mąką tortownicy rozwałkowywać ciasto na cienkie płaty i wycinać koła o średnicy 10 cm. Na środku każdego układać morelę i dokładnie oblepiać ciastem. Na końcu obtoczyć w mące. Gotować we wrzątku 10-15 minut, odcedzić. Podawać polane stopionym masłem z podsmażoną w nim bułką, posypane cukrem.
ja przepis na knedle lekko zmodyfikowałam, dodaję pół na pół ser biały i ziemniaki wcześniej już ugotowane. mieszam wszystko ręcznie, nie używam miksera. nie wkładam ciasta do lodówki na całą noc, wystarczy najwyżej godzina ( jeśli ktoś da radę wytrzymać, ja nie mogę się już doczekać smaku knedli). ciasto jest dość klejące, nie należy się tym przerażać. wystarczy trochę mąki w zanadrzu i przy lepieniu kolejnych kulek trzeba posypywać sobie obficie nią ręce. ciasta nie wałkuję- odrywam kawałki i w dłoni kształtuję placuszki. do środka wypestkowanej moreli dodaję sam cukier trzcinowy, cynamon według mnie jest zbędny. knedli robię jak zwykle dużo za dużo, trzeba więc je puścić między ludzi, bo żal zostawiać. oglądać miny uśmiechniętych od ucha do ucha, ciamkających znajomych- bezcenne...knedle są fenomenalne! :)
przeczytałam sobie właśnie fajny artykuł o morelach i tak:
miąższ moreli jest za to bogatym źródłem witaminy C i K, żelaza, tiaminy oraz ulubionego przez skórę beta karotenu. Sam William Szekspir w „Śnie Nocy Letniej” zachwala moc pomarańczowych owoców, jako silnego afrodyzjaku. morele wskazane są dla osób skarżących się na kłopoty ze wzrokiem, zmęczenie, w okresie rekonwalescencji oraz przy niedoborach żelaza. Jedna szklanka soku pokrywa dzienne zapotrzebowanie organizmu na witaminę C. morele od tysięcy lat wykorzystywane były do leczenia astmy, zaparć, kaszlu, a nawet infekcji kobiecych. znane są również zapisy o skuteczności oleju morelowego w walce z wrzodami żołądka oraz guzami nowotworowymi (chodzi tu przy tym nie o sam owoc, ale też wyciąg z jego gorzkiej pestki)
morelowy knedliczek
jako że lato w pełni, na straganach w warzywniakach pojawiły się już małe pomarańczowe morele. owoce, które nieodłącznie kojarzą mi się z wakacyjnym czasem, z corocznym (przez całe dzieciństwo aż do teraz) wyjazdem z rodzicami, znajomymi nad jezioro. był to zawsze czas beztroskich dni, szaleństw, totalnego oderwania od rzeczywistości, wyciszenia i odpoczynku, ale również czas zajadania się świeżymi owocami i warzywami. na polu przygotowywaliśmy normalne, domowe posiłki, nie było nigdy zupek w proszku, czy gotowych dań ze słoików (choć i takie jedzenie w niektórych sytuacjach na pewno się sprawdza i nie mam nic przeciwko). każdy pichcił coś tam u siebie pod przedsionkiem, ale kilka razy na takim wyjeździe następowało zjednoczenie sił obozowych i wspólnymi siłami robiliśmy np. placki ziemniaczane, kartacze albo kojarzące mi się właśnie najbardziej z wakacjami- knedle z pysznymi małymi morelami. przepis do menu jeziorowego wniosła mojej mamy przyjaciółka ze studiów, Austriaczka. w oryginale Marillenknodel, coś pysznego... od pierwszego spróbowania tych knedli, nie wyobrażam sobie lata bez tych słodkich, radośnie pomarańczowych, idealnie okrągłych kulek :) obiecałam sobie przynajmniej raz w sezonie pokusić się o ich zrobienie i właśnie przyszła mi na nie ochota i oto i one, moje knedle z morelami:
Knedle z morelami (oryginalny przepis na Marillenknodel)
Składniki: 230 g twarogu zmielonego, 1 jajo, 1 łyżka cukru, szczypta soli, 1 ½ szkl. przesianej mąki, 1 łyżka stopionego masła, 12 całych moreli.
Składniki: 230 g twarogu zmielonego, 1 jajo, 1 łyżka cukru, szczypta soli, 1 ½ szkl. przesianej mąki, 1 łyżka stopionego masła, 12 całych moreli.
Na polanie: 2 łyżki masła, ¾ szkl. bułki tartej, 1 łyżka cukru, ¼ łyżeczki cynamonu
Z sera odcedzić płyn, dodać jajko i ubijać mikserem. Dodać cukier i sól i ciągle ubijając stopniowo dosypywać mąkę. Gdy ciasto zacznie nabierać kształtu, dolać stopione masło i lekko zamieszać, aby wszystkie składniki się połączyły. Zagnieść kulę i wstawić do lodówki na kilka godzin, najlepiej na noc. Morele wypestkować, do środka można nasypać trochę cukru z cynamonem, jeśli owoce nie są w pełni dojrzałe. Na posypanej mąką tortownicy rozwałkowywać ciasto na cienkie płaty i wycinać koła o średnicy 10 cm. Na środku każdego układać morelę i dokładnie oblepiać ciastem. Na końcu obtoczyć w mące. Gotować we wrzątku 10-15 minut, odcedzić. Podawać polane stopionym masłem z podsmażoną w nim bułką, posypane cukrem.
ja przepis na knedle lekko zmodyfikowałam, dodaję pół na pół ser biały i ziemniaki wcześniej już ugotowane. mieszam wszystko ręcznie, nie używam miksera. nie wkładam ciasta do lodówki na całą noc, wystarczy najwyżej godzina ( jeśli ktoś da radę wytrzymać, ja nie mogę się już doczekać smaku knedli). ciasto jest dość klejące, nie należy się tym przerażać. wystarczy trochę mąki w zanadrzu i przy lepieniu kolejnych kulek trzeba posypywać sobie obficie nią ręce. ciasta nie wałkuję- odrywam kawałki i w dłoni kształtuję placuszki. do środka wypestkowanej moreli dodaję sam cukier trzcinowy, cynamon według mnie jest zbędny. knedli robię jak zwykle dużo za dużo, trzeba więc je puścić między ludzi, bo żal zostawiać. oglądać miny uśmiechniętych od ucha do ucha, ciamkających znajomych- bezcenne...knedle są fenomenalne! :)
przeczytałam sobie właśnie fajny artykuł o morelach i tak:
miąższ moreli jest za to bogatym źródłem witaminy C i K, żelaza, tiaminy oraz ulubionego przez skórę beta karotenu. Sam William Szekspir w „Śnie Nocy Letniej” zachwala moc pomarańczowych owoców, jako silnego afrodyzjaku. morele wskazane są dla osób skarżących się na kłopoty ze wzrokiem, zmęczenie, w okresie rekonwalescencji oraz przy niedoborach żelaza. Jedna szklanka soku pokrywa dzienne zapotrzebowanie organizmu na witaminę C. morele od tysięcy lat wykorzystywane były do leczenia astmy, zaparć, kaszlu, a nawet infekcji kobiecych. znane są również zapisy o skuteczności oleju morelowego w walce z wrzodami żołądka oraz guzami nowotworowymi (chodzi tu przy tym nie o sam owoc, ale też wyciąg z jego gorzkiej pestki)
piątek, 16 lipca 2010
upalnie i duszno...
temperatury powyżej 30 stopni...
marzę o jakiejś ochłodzie...
o dniu spędzonym pod palmą, przy morskiej bryzie
kolorowych drinkach z lodem i parasolkami
o zajadaniu cytrusów prosto z drzew
pływaniu z delfinami, albo nurkowaniu na rafie koralowej
stąpaniu po zimnych płytach piaskowca i prysznicu w ruinach starożytnej łaźni
ech, marzy mi się... wiele rzeczy, ale zadowolę się w zupełności
kąpielą w błękitnej wodzie jeziora wigry
orzeźwiającą zieloną herbatą z miętą i cytryną
pysznym dojrzałym arbuzem
szturchnięciem zimnego nosa mojego psa
moczeniem nóg w czarnej hańczy
a może nadciągnie letnia burza i powietrze zrobi się chłodniejsze, pachnące deszczem, mokrym piaskiem...
a może ...
temperatury powyżej 30 stopni...
marzę o jakiejś ochłodzie...
o dniu spędzonym pod palmą, przy morskiej bryzie
kolorowych drinkach z lodem i parasolkami
o zajadaniu cytrusów prosto z drzew
pływaniu z delfinami, albo nurkowaniu na rafie koralowej
stąpaniu po zimnych płytach piaskowca i prysznicu w ruinach starożytnej łaźni
ech, marzy mi się... wiele rzeczy, ale zadowolę się w zupełności
kąpielą w błękitnej wodzie jeziora wigry
orzeźwiającą zieloną herbatą z miętą i cytryną
pysznym dojrzałym arbuzem
szturchnięciem zimnego nosa mojego psa
moczeniem nóg w czarnej hańczy
a może nadciągnie letnia burza i powietrze zrobi się chłodniejsze, pachnące deszczem, mokrym piaskiem...
a może ...
poniedziałek, 12 lipca 2010
prawie samo zdrowie na talerzu
obiecałam sobie korzystać jak najwięcej z tego co w tym roku obrodziło w ogródku :)
w tamtym roku niestety wszystkiego nie zjedliśmy, sporo warzywek wylądowało w brzuchach zwierząt gospodarskich, co by nie pisać, że się zmarnowały...
szaleję więc w kuchni sałatowo, wymyślam zielone wariacje. i chyba nawet nieźle mi idzie, bo chłop uśmiechnięty, wylizuje talerze do czysta, czeka na następną wersję i nie podjada po godzinie czegoś z lodówki. a ja mam cały czas chęć na robienie kolejnych i nie śnią mi się jeszcze w nocy zielone potwory ;) poza tym mam dodatkowo dla kogo dostarczać tych wszystkich witaminek, bobik w brzuchu chyba też jest zadowolony, bo w ostatnim czasie bardzo mocno daje o sobie znać. wczoraj na obiadek była wersja z malinówkami, ogórkami, serem szopskim, czerwoną cebulą, dziś bardziej kalorycznie, ale też bardziej różnorodnie- mix sałat, liści szpinaku, roszponki, rukoli, a do tego słodki zielony groszek (łuskany i cały), młoda marchewka, chipsy z boczku i grzanki ( pieczone na tłuszczyku ze skwarek) w sosie z majonezu, jogurtu, soku z cytryny i odrobiny musztardy. pychota!
obiecałam sobie korzystać jak najwięcej z tego co w tym roku obrodziło w ogródku :)
w tamtym roku niestety wszystkiego nie zjedliśmy, sporo warzywek wylądowało w brzuchach zwierząt gospodarskich, co by nie pisać, że się zmarnowały...
szaleję więc w kuchni sałatowo, wymyślam zielone wariacje. i chyba nawet nieźle mi idzie, bo chłop uśmiechnięty, wylizuje talerze do czysta, czeka na następną wersję i nie podjada po godzinie czegoś z lodówki. a ja mam cały czas chęć na robienie kolejnych i nie śnią mi się jeszcze w nocy zielone potwory ;) poza tym mam dodatkowo dla kogo dostarczać tych wszystkich witaminek, bobik w brzuchu chyba też jest zadowolony, bo w ostatnim czasie bardzo mocno daje o sobie znać. wczoraj na obiadek była wersja z malinówkami, ogórkami, serem szopskim, czerwoną cebulą, dziś bardziej kalorycznie, ale też bardziej różnorodnie- mix sałat, liści szpinaku, roszponki, rukoli, a do tego słodki zielony groszek (łuskany i cały), młoda marchewka, chipsy z boczku i grzanki ( pieczone na tłuszczyku ze skwarek) w sosie z majonezu, jogurtu, soku z cytryny i odrobiny musztardy. pychota!
poniedziałek, 5 lipca 2010
poniedziałek, 21 czerwca 2010
1 rocznica
osiemnastego czerwca minął rok od pierwszego mojego wpisu na blogu
dwanaście długich miesięcy, a jakby to było wczoraj
niby nic się ciekawego nie wydarzyło, a jednak ile się przez ten czas działo
tyle wspomnień, cudownych chwil, przeżyć
dni fajnych...albo nie, o których nie warto pamiętać
kawałek mojego życia, zapiski myśli różnych, historii, zdarzeń
zatrzymane na zdjęciach momenty, jak kadry z filmu
fajnie cofnąć się w czasie, poczytać o rzeczach które miały miejsce
popatrzeć z dystansem na emocjonujące kiedyś fakty
z dzisiejszej perspektywy śmieszne, albo wcale nie warte opisania
lub uśmiechnąć się pod nosem na wspomnienie jakiejś chwili...
wtorek, 15 czerwca 2010
polowanie na żurawie ;)
po dzisiejszym porannym spacerze z psem, po bliskim spotkaniu z młodymi żurawiami (były około 2-3 m ode mnie i wcale nie wykazywały dużego zaniepokojenia moją osobą bądź psem) strasznie plułam sobie w brodę, że nie zabrałam aparatu ( który zazwyczaj mam przy sobie). postanowiłam ( chyba też w desperacji i akcie samoobrony przed wyjazdem do białegostoku) spędzić jeszcze trochę czasu na świeżym powietrzu, polując przy okazji na owe żurawie i od niechcenia zajadając się pachnącymi poziomkami. oczywiście ptaków już w okolicy nie było, słyszałam tylko krzyki znad czarnochańczowych łąk, widziałam jednego szybującego gdzieś wysoko nade mną i tyle dobrego...
ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. w drodze powrotnej, ku ogólnemu zaskoczeniu, napotkałam 3 zające, za każdym razem byłam od zawietrznej, więc udało mi się cyknąć po fotce. pierwszego trafiłam w starej żwirowni, drugiego w wysokiej trawie (właściwie to on wpadł na mnie kiedy na kuckach zrywałam poziomki), a trzeci pasł się spokojnie prawie pod samym domem, ale jak to w życiu bywa, na ekranie aparatu zobaczyłam tylko mrugający czerwony napis "wymień akumulator", do tego kichnęłam i mogłam już tylko obserwować biały ogonek oddalający się zygzakami z prędkością światła...a na pocieszenie los rzucił mi pod nogi orle pióro...ściskając w ręku aparat, w drugim znalezisko, z uśmiechem na twarzy, powędrowałam do domku, dokończyć pakowanie walizki na dzisiejszy wyjazd ;)
"W czerwcu się pokaże, co nam Bóg da w darze"
zbiory ogródkowe póki co bardzo udane, obrodziło w rzodkiewkę, różnego rodzaju sałaty, rukolę, szpinak oraz koperek i szczypior. z ziemi wyglądają już zupełnie spore krzaczki ogórków, fasoli szparagowej, cukinie, kabaczki oraz patisony. marchewka i roszponka są jeszcze mikroskopijne, ale przy takiej pogodzie jak jest teraz (ciepło i mokro) wszystkie warzywka powinny wkrótce ładnie wyrosnąć...
dziś szał sałatowy, mieszam w misce wszystkie kruche i smakowite listki sałat, rukoli i szpinaku, dodaję rzodkiewkę, szczypiorek, koperek i zalewam wszystko śmietaną...niebo w gębie :) pierwsza w tym roku duża miska sałaty z własnego ogródka...cieszy niesamowicie :) zupełnie inny smak warzyw, bez porównania z tymi kupnymi! samo zdrowie na talerzu :) niesamowite, ile frajdy może człowiekowi przynieść zrobienie zagonka, zasianie, potem zbieranie i zajadanie własnych warzyw czy owoców. i w dodatku jaką wielką się odczuwa satysfakcję, przynajmniej jakby się dokonało czegoś wielkiego. mała rzecz, a cieszy ;) oby więcej takich przyjemności w życiu i oby zawsze chciało się zasiać...
żeby nie było, że to tak wszystko prosto i łatwo się odbywa, że samo się zasiało i samo rośnie, cytat ze starego poradnika gospodarskiego :
"prace i pielęgnowanie warzyw w warzywniaku w czerwcu. w pierwszej połowie lata najwięcej pracy pochłania pielęgnowanie roślin warzywnych, a więc wzruszanie międzyrzędzi, pielenie, zasilanie, palikowanie i przywiązywanie roślin. trzeba dołożyć wszelkich starań, aby nie dopuścić do zachwaszczenia roślin warzywnych, odbija się to bowiem niekorzystnie na plonach. pielenie i niszczenie chwastów w rzędach przeprowadza się ręcznie, a wzruszanie w międzyrzędach ze względu na oszczędność czasu- motykami..." ;)
poniedziałek, 14 czerwca 2010
seler bulwa szczęścia i zdrowia :)
niepozornie wyglądające warzywo, porowate i dziwnie pachnące, a ile w nim dobroczynnych właściwości dla organizmu! zawiera mnóstwo składników mineralnych (np. całą masę fosforu), witamin (np. dwa razy więcej witaminy c niż cytrusy), flawonoidy, furanokumaryny istny skład apteczny zamknięty w guzowatej bulwie
działanie selera:
przyspiesza trawienie
działa uspokajająco i antydepresyjnie
oczyszcza organizm z toksyn
przeciwzapalny
moczopędny
przeciwbólowy
pobudza przemianę materii
wspomaga układ pokarmowy
wzmacnia układ odpornościowy
obniża ciśnienie tętnicze
polepsza pracę serca
chroni przed wolnymi rodnikami/nowotworami
szklanka soku z selera jest jak eliksir młodości ;)
wszystko to dotyczy zapewne w głównej mierze surowej bulwy, nie wiem ile dobrego z tego pozostanie po przetworzeniu, ale ja uwielbiam np. kotlety a la schabowe z selera, a dziś pokusiłam się o zupę krem, coś ciepłego na bolący brzuszek i inne trawienne problemy :) wyszła pyszna i aromatyczna. mam nadzieję, że cudowna moc bulwy również zadziała, albo przynajmniej efekt placebo-siła pozytywnego myślenia ;)
zupa krem z bulwy selera
kostka bulionu lub wywar z kurczaka (ok 1.5 litra płynu)
1 duży seler (zmiksowany po lekkim rozgotowaniu w wywarze)
1 cebula (najpierw zblanszowana na patelni, a później zmiksowana z resztą zupy)
2-3 łyżki gęstej śmietany lub mały serek topiony (rozrobione z wywarem)
do smaku: sól, pieprz, odrobina curry, świeżo utarta gałka muszkatołowa, listek laurowy, ziele angielskie
do posypania świeża natka pietruszki
podawać z grzankami z białej bułki lub kluseczkami lanymi ( ja wybrałam kluseczki)
czwartek, 10 czerwca 2010
zaczarowany czerwiec
dawno już nie zaglądałam na bloga, a maj przeleciał w mgnieniu oka...tygodnie podzielone między rozjazdy mikołajewsko-białostockie, głowa zaprzątnięta różnymi myślami, duże zmiany w życiu, na głowie ciągle jeszcze nie oddany projekt...jakiś ogólny rozgardiasz, choć teraz powinno być chyba wszystko w miarę poukładane i w tym właśnie czasie spokojne i sielskie... no ale życie pisze różne scenariusze, głowie nie da się powiedzieć żeby za dużo nie rozmyślała, niektórych rzeczy nie da się przyspieszyć, a na jeszcze inne w ogóle nie mamy wpływu...tak to już jest!
po dłuższym pobycie w mieście znowu oddycham wsiowym powietrzem, dusznym co prawda i parnym w ostatnich dniach, ale za to pachnącym rozbuchaną wiosną, a momentami nawet wczesnym latem. cieszę się tym czasem bardzo, w czerwcu jest wszystko to co uwielbiam. zapach świeżo skoszonej trawy, a potem siana schnącego na wietrze, zapach ciepłego poranka i parującej wilgoci po pięknych nocnych burzach, kwitnące sady, bzy, a potem jaśminy, w ogródku przepiękne piwonie- królowe wiosny, w kobiałkach czerwieniące się, roześmiane truskawki, pierwsze kąpiele w jeziorze, bieganie boso po trawie, późno zachodzące słońce i wschodzące zaledwie po kilku godzinach nocy, która nigdy nie jest ciemna, bo niebo ma piękny granatowo- niebieski odcień poprzetykany gdzieniegdzie różowymi i żółtymi smugami...mogłabym chyba wymieniać bez końca, tak cudnie jest w tym miesiącu :) a ja to wszystko chłonę, cieszę oczy, zapamiętuję zapachy. układam kwiaty w wazonach, podlewam grządki, zajadam truskawki, spaceruję, głaszczę rosnący brzuszek i małego bobika w środku i przede wszystkim staram się myśleć pozytywnie. niech czerwiec i jego dobrodziejstwa trwają jak najdłużej...
piątek, 14 maja 2010
seria w której zaczytywałam się w poprzednim miesiącu. moje lekarstwo na przesilenie wiosenne, szarówkę za oknem, niedosyt słońca, ale również oderwanie się od rzeczywistości, trochę podróż w czasie do moich wypraw do Włoch, częściowo zaspokojenie marzeń o kolejnej podróży. właściwie pochłonęłam te książki z dziką przyjemnością, choć nie była to może lektura wielce ambitna, na miarę nagrody nobla w dziedzinie literatury. chyba jednak nie o to tylko chodzi w czytaniu, żeby się zachłysnąć mądrą treścią. ta książka urzekła mnie właśnie swoją lekkością, świetnie opisanym klimatem południa, pozwoliła na skrzydłach wyobraźni przenieść się do tych wszystkich cudnie opisywanych miejsc. więc nie wychylając nosa z domu, zrywałam dojrzałe fioletowe grona na winobraniu, piekłam chleb w tradycyjnym piecu, wylegiwałam się na łące pełnej wonnych ziół, jadam ociekające sokiem brzoskwinie zrywane prosto z drzew, upijałam się włoskim winem, zajadałam pecorino, orzechy pinii, domowy makaron z truflami, dotykałam murów starożytnych budowli Etrusków...a wszystkiego tego doświadczyć mogłam dzięki magii literek poukładanych w słowa, zdania, rozdziały, książki. jedyną wadą tych opowieści było ciągłe czytanie o jedzeniu, i to jakim jedzeniu! przybyło mi chyba kilka kilogramów, ciągle biegałam do kuchni po coś na ząb. czytając, namiętnie moczyłam chleb w oliwie z oliwek, z odrobinką truflowej lub rozmarynowej, obgryzałam kulki mozzarelli warstwa po warstwie, wyjadłam oliwki ze słoików, czy gotowałam pastę i suggo... to był totalny odlot kulinarny, nawet ten suchy chleb z czosnkiem i odrobiną oliwy smakował podczas czytania jak wykwintne boskie włoskie danie :) polecam tą lekturę wszystkim, którzy chcą się znaleźć choć przez chwilę pod niebem słonecznej Italii...
buon appetito!
wtorek, 4 maja 2010
Maj zieleni łąki, drzewa, już i ptaszek w polu śpiewa...
w sobotę wybrałam się na targowisko, zakupiłam w końcu moje ulubione kwiaty do doniczek na taras, mama przywiozła mi lawendy. czekałam z sadzeniem na słoneczne późne popołudnie, a w rezultacie wielkie sadzenie roślinek odbyło się w poniedziałek, w największy deszcz :) ale są już na swoich miejscach, co mnie wielce cieszy, bo zrobiło się troszkę weselej za oknami. teraz z drżeniem serca czytam prognozy pogody i niepokoi mnie fakt, że ze środy na czwartek ma być zero stopni, a odczuwalna temperatura to minus pięć. wrrrr a przed moimi cudnymi kwiatkami jeszcze trzech ogrodników i zimna zośka...no zobaczymy, może będzie dobrze.
dziś za oknem jest dość ponuro, na podwórku zimny wiatr, słonko gdzieś zabłądziło w chmurach. a ja cieszę oczy bukietem żółtych wesołych kaczeńców, który dostałam od swojego chłopa :) spoglądam za okno na moje piękne angielskie pelargonie, w nogach mam ciepłego psa, w ręku kubek z gorącą herbatką z imbiru, cytryny i miodku. doceniam ciszę i spokój po weekendzie majowym i rozgrzewam brzuszek ;)
czwartek, 22 kwietnia 2010
czasem słońce, czasem deszcz...
dziś to nawet śnieg i grad u nas spadł pani zima musiała powiedzieć ostatnie słowo, nie ma co
fatalna pogoda, fatalne ciśnienie, fatalne samopoczucie
ech, nastawiłam gar rosołu, w sam raz na te warunki atmosferyczne
wołowinkę z zupy zmielę i zapakuję w naleśnikowe ciasto-będą krokiety :) pyszne, zapieczone na chrupko z pomidorami...
ot i cały mój plan na dziś, na poprawę nastroju, aury, na zachciewajki kulinarne
jak zawsze w takich momentach, marzy mi się kocyk i leżaki przy kominku...
może wieczorem odwiedzimy państwa M. i wygrzeję się na zapiecku...
może partyjka w kości...
a może dzbanek gorącego czaju...
może jakiś film...
a może ciepła drożdżówka i kakao...
ech, dziś u mnie wszystko jest na może, albo na nie...
oby do jutra, oby do maja, do lata... ;)
wtorek, 20 kwietnia 2010
na wiosenne dni
do piknikowego koszyka
pychotowata tarta ze szpinakiem
2 szklanki mąki
pół kostki masła/ mr
1/4 szklanki zimnej wody
1/4 szklanki oleju
łyżka śmietany
(sam placek podpiekam przez 15 minut w piekarniku, aż lekko się zarumieni, następnie wykładam nadzienie i całość zapiekam kolejne 20 minut na 180-200*, aż masa na wierzchu nabierze złotobrązowego kolorku)
wypełnienie:
pierwsza warstwa na spód
0.5 kg szpinaku świeżego/ mrożonka ( blanszuję na patelni z oliwką, łyżką masłą i dużą ilością czosnku,przyprawiam pieprzem i gałką muszkatałową)
druga warstwa
150 g sera białego ( używam capri lub wiejski) +2 jajka ( wszystko razem miksuję, doprawiam solą, wylewam na szpinak)
wierzch tarty posypuję płatkami parmezanu
czwartek, 15 kwietnia 2010
wiosna pełną parą, zazieleniło się, powychodziły pierwsze leśne i polne kwiatuszki, cudnie jest. słonko pięknie przygrzewa, choć od ziemi ciągnie jeszcze chłodkiem...zgodnie z zaleceniem tubylców, czekam jeszcze z siewem nasionek w warzywniaku. mimo tęgich mrozów i braku okrycia w zimie, moje przydomowe krzewy o dziwo przetrwały, puściły pięknie pączki, co wielce mnie uradowało. bałam się, że może być z nimi krucho. wczoraj jedliśmy pierwszy wiosenny plenerowy posiłek- obiadek na pomoście nad Czarną Hańczą. zachciało mi się kanapek piknikowych z kotletami mielonymi z pietruszką i koperkiem, do tego zrobiłam w pojemniczkach mizerię i pomidory z cebulką, w termos herbata... mniam, wyszło pysznie i w dodatku apetyt na świeżym powietrzu był podwójny, uszy się trzęsły od zajadania ;) oczka nacieszyły się pięknymi widokami, uszy śpiewem ptaków, a ciałko promykami słonka...
sobota, 10 kwietnia 2010
niedziela, 28 marca 2010
czwartek, 25 marca 2010
środa, 24 marca 2010
zauroczona...
jestem od jakiegoś czasu, pewnym facetem, ogólnie rzecz biorąc, a może raczej jego twórczością...
ten ktoś to Jan Jakub Kolski. ostatnio namiętnie wpatruję się w jego filmy. przypadkiem wpadła mi w ręce "Afonia i pszczoły" no i zaczęło się...później "Jasminum", "Historia kina w Popielawach", "Grający z talerza"...przypomniałam sobie też filmy, które kiedyś już oglądałam "Szabla od komendanta","Pornografia" i kultowy "Jańcio wodnik"... poszukuję namiętnie następnych filmów i książek ;)
i ciągle mi mało...tych magicznych kadrów, baśniowego stylu, przecudnych pejzaży, klimatu wsi, małych cudów. zauroczyło mnie takie niesamowite, a zarazem naturalne połączenie rzeczywistości z czarami, magią, religią i pogańskimi podaniami. zafascynowało przedstawienie zwyczajnego świata, ale jak tak bardzo dalekiego od szarej rzeczywistości, malowanego na ekranie jak pędzlem malarza impresjonisty. no i te ujęcia, ech...strasznie wyostrzają wzrok, pobudzają wyobraźnię, po filmie mam ochotę lecieć w pole z aparatem, szukać tego szczególnego światła, takich cudnych kadrów i zapachów: mokrej trawy, sianokosów, powietrza po burzy... mając przed oczami ruchomy obraz na ekranie, odnoszę wrażenie, że przeglądam jakiś niesamowity album fotograficzny, mistrzostwo świata po prostu! choć ogólnie świat w twórczości Kolskiego jest nieco mroczny, pełen dziwnych, czy też ułomnych postaci i jak sam autor mówi "nasyciłem ekran smutkiem, zużyłem cały osobisty zapas mroku", to mimo wszystko odnajduję w nim pełno optymizmu, miłości, otuchy, zmysłowości...i "ten szczególny refleks, który trafia widza prosto w serce i każe się zanieść do domu"o którym mówi Kolski....
niedziela, 21 marca 2010
wiosna
- wieje cieplejszy wiatr :)
- są już pączki na drzewach
- pada kapuśniak
- nie ma już prawie śniegu
- słychać krzyki żurawi
- ptaki świergolą jak głupie
- w gniazdkach jajeczka ( w orlim pojawiło się dziś jedno) :)
- przestałam nosić futrzaną czapkę i rękawiczki
- chyba zamienię zimowe buty na kalosze
- niestety potwory kleszcze już atakują
- mam pierwszego krokusa w ogródku- żółtego! ;)
- w okolicy są już malutkie kotki, bazie na drzewach
- mój wawrzynek wilcze łyko ma piękne pączki, chyba zakwitnie :)
- jest pierwszy bocian! :)
sobota, 20 marca 2010
ostatnio jakoś nie wychodzi mi pisanie notek, chęci brak albo weny czy też czasu. zdjęcia robię głownie w domu, na podwórku nudna przejściówka zimowo-wiosenna, ani koloru ani nawet odrobiny słonka ostatnio nie ma. dni też jakoś tak mijają bardzo spokojnie, nie dzieje się właściwie nic nadzwyczajnego. chyba przez tą aurę zapanował taki chwilowy marazm. błoto wszędzie, chlapa wszędzie...co to będzie!?
dobrze, że przed kilkoma dniami odwiedzili nas znajomi, zawsze to jakaś odmiana i weselej troszkę się zrobiło. na początku tygodnia musieliśmy odbębnić krótki wyjazd do Białegostoku. smutny to był czas jakiś taki, pożegnałam swojego kochanego Ptaka, kanarka staruszka, ech. w moim pokoju zrobiło się cicho i pusto. chociaż chciało mi się posiedzieć spokojnie w domu, to nie za bardzo dawałam radę się odprężyć. ciągle mi się na wspominki zbierało i smuteczki jakieś. no ale takie życie...trzeba przetrawić...
wczoraj złożyłam kolejny, trzeci już wniosek o dofinansowanie, w Białymstoku, zobaczymy jak wypadnę, tym razem podbijam stolicę województwa ;) za pierwszym razem zabrakło dwóch punktów, za drugim lista rezerwowa i dwie dziesiąte punktu za mało. żadnych wniosków z kart oceny merytorycznej niestety wyciągnąć nie miałam jak, państwo oceniający nie zgodzili się ze sobą w ani jednym punkcie, masakra...widać nie ma na ocenę żadnego klucza, ani metody...jest to po prostu subiektywna ocena jednostki "unijnego sprawdzacza wniosków". czysta anarchia. nie wiem czy to dobre słowo...raczej absurd, a do tego loteria losowa...no nic, ale jak się chce kaskę trzeba po nią sięgać, sama nie przytupta i nie zapuka do drzwi, dlatego próbuję, póki co dzielnie i bez załamywania rączek...ale wewnętrzne poczucie niesprawiedliwości i cierpliwość, mają swoją granice...ostatnio jestem fanką kamerek online podglądających dzikie zwierzęta, moja ulubiona to ta zainstalowana przy gnieździe orłów, po prostu niesamowite wrażenie robią na mnie te ptaki! , ale prześmieszne akcje można tez zobaczyć na ujęciach z łowiska, gdzie rozrzucana jest karma, gdzie stołują się dziki, sarny, jelenie (np.codziennie ok godziny 16, pan leśniczy zakarmia i zasiada na wiaderku, które wcześniej sobie ścieli słomą i przez dobrą godzinę siedzi nieruchomo, a wokół biega bez składu i ładu, jak po arenie cyrkowej momentami nawet setka dzików :) człowiek się może wciągnąć, jak w "dobry" brazylijski serial, nie ważne jak długo nie oglądasz, ale włączasz i wiesz wszystko!
akcje z dzikami mogę śledzić też na żywo. w okolicy pan przewrócił słup energetyczny, jadąc za szybko traktorem ;) więc stary słup usunięto, a wkopano nowy, rozgrzebując zamarzniętą ziemię. już wieczorem wieści o nowej stołówce rozeszły się po okolicznym lesie, a dzicz kudłata przegrzebuje namiętnie co dzień od nowa każdy centymetr ziemi wokół nowego słupa, powiększając średnicę zrycia średnio o kilka metrów...oczywiście zwierzęta są tak zajęte penetracją gruntu, że nie zwracają prawie w ogóle uwagi na otoczenie, więc spokojnie można się im przyglądać :)
piątek, 19 marca 2010
niedziela, 14 marca 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























