piątek, 23 października 2009


Dziś sennie, leniwie, wymarzony kocykowy/łóżkowy czas...mam wrażenie, że jest sobota, godziny jakoś tak dziwnie szybko płyną, nawet nie słyszę bicia zegara. ciśnienie 996 hPa, chyba czas na mocną parzoną kawę, albo długi spacer z psem, trzeba się rozbudzić, rozruszać...


Jedna sypialnia, dzielona przez dwie osoby i jedno łóżko, które ma dwie strony :)


czwartek, 22 października 2009

z cyklu pomysł na....
samotny jesienny wieczór
czyli jak Karolcia radzi sobie sama w domu :)

ANTONÓWKA I RENETA SZARA
zapieczone w karmelu miodowym
z sherry, wanilią i cynamonem




mniam, zajadanie się takimi dobrotami zawsze poprawia mi nastrój
do tego rozgrzewający kieliszeczek wytrawnego porto
i żadna samotność, nawet w jesienny wieczór, nie jest mi straszna :)
Mijają dzionki, jeden za drugim, przy tej niesprzyjającej, jesiennej aurze nic się robić nie chce. za oknem ponuro, dżdżyście, drzewa już prawie opadły z liści. Nawet pies nie za bardzo ma chęć na spacery w taką pogodę. on ma ten komfort, że przesypia sobie bezkarnie całe godziny, mrucząc cichutko i śniąc o swoich podbojach podwórkowych. ja mam troszkę roboty projektowej, więc staram się za bardzo nie zbliżać do kocyka, bo pewnie zagrzebałabym się w nim żeby przyciąć komara ;) a potem rób co chcesz, ale chęci do działania nikną całkowicie...Bartek wyjechał na kilka dni, więc będę się delektować ciszą i spokojem. wieczorem mam do obejrzenia parę ambitnych filmów i całą szafkę popcornu, może się nie zanudzę...poza tym jestem bez samochodu, więc nie mam za dużego wyboru, muszę ograniczyć swoje zachcianki do najbliższej okolicy i domu. szkoda, bo marzy mi się kolejna książka Kate Morton i wyjście do kina z mamą na julie&julia. ale to wszystko do zrobienia, teraz muszę jednak jak najwięcej czasu spożytkować na projekt, i to jest dobry plan! :) a propos "marzy mi się" to czasami w takie dni nachodzi mnie chęć posiadania telewizora, włączenia guziczka i bezmyślnego pogapienia się w ekran dla relaksu, zabicia nudy, czasu...ale na szczęście niezbyt często taka myśl mi doskwiera :)

wtorek, 20 października 2009


każdy jakąś pasję ma...
ja na przykład lubię poranne spacery i fotografowanie...
mój pies natomiast uwielbia szukać...patyków ;)

poniedziałek, 19 października 2009

DYNIOWA = POMARAŃCZOWA IMPRESJA


cały dzionek chodzą mi po głowie DYNIE
więc wklejam coś w duchu impresji jesienno-dyniowej,
przesłodka wioseczka z moich marzeń, no i cała zadyniona :)
mam nadzieję, że w tym roku Bartek przywiezie znowu od Mazurka
ze śląska kilka pokaźnych sztuk...nie mogę się już doczekać...




Sezon dyniowy został musowo rozpoczęty, w garnku wesoło pyrka rozgrzewająca, pobudzająca zmysły zupa dyniowa ze świeżym imbirem, curry i szczyptą chilli, moja ulubiona- jesienna na wskroś i pomarańczowa aż miło ;)

a na blogowych stronkach jak co roku:



dziś nie dodaję swojego dyniowego przepisu, bo mam tyle pomysłów w głowie, że hej...poza tym trzeba je najpierw wypróbować :) a marzy mi się tarta dyniowa, muffiny, pieczona dynia, faszerowana, marynowana, miksowana...jejku z dyni można zrobić przecież wszystko!
Całe szczęście, że dziś zaczął się już nowy tydzień...poprzedni nie należał do najbardziej udanych, przede wszystkim z powodu choróbska, które się przypałętało i rozłożyło mnie na kilka dni. poza tym za oknem świat oszalał, temperatura bliska zeru, śnieg w ogródku leżał do soboty...książek do czytania w domku było brak, co w sumie i tak nie stanowiło większej różnicy, przez zatoki miałam zapuchnięte oczy, pewnie ciężko byłoby do czegokolwiek się zabierać. we środę troszkę się ruszyłam, kulinarnie zwłaszcza. przy winku, zakąszając ciepły chlebek moczony w oliwie, marynowane bakłażany, sery rozmaite, oliwki i inne drobne przekąski, świętowaliśmy Bartkowe urodziny. weekendowy czas przepłyną jakoś przez palce...dobrze, że słonko pojawiło się za oknem, a humor poprawiłam sobie ciepłym plackiem ze śliwkami węgierkami :) na obiedzie pojawili się znajomi, zrobiłam pieczeń z dzika, było pysznie i wesoło...i co najważniejsze zapomniałam na czas jakiś o złym samopoczuciu! może to właśnie przegoniło tą moją chorobę, bo dziś już jest znacznie lepiej i tej wersji będę się trzymać :)

wtorek, 13 października 2009


melancholia....
nawet pies wypatruje promyków słonka, byle do wiosny...

wczoraj dobił mnie widok ozdób świątecznych w sklepie, pewnie lada dzień wylegną na ulicę przebierańcy mikołaje z workami cukierków, masakra jakaś, a przecież dopiero co skończyło się lato...może to ja jakaś niedzisiejsza jestem, może powinnam też dać porwać się fali pędu konsumpcyjnego, pomyśleć o prezentach gwiazdkowych, a nie rozpamiętywać słoneczne dni, letnią bryzę i żyć nadzieją polskiej złotej jesieni...
lubię zimę, kocham święta, krzątanie się w kuchni, zapach korzennych przypraw, robienie ozdób i ubieranie choinki, ale na wszystko musi przyjść odpowiednia pora...a teraz jest czas kasztanów, złotych liści, jesiennej zadumy, kaloszy i spacerów w zamglone poranki, deszczowe popołudnia, gotowania aromatycznej zupy dyniowej, pieczenia kaczki, duszenia grzybów...więc niech mi się mikołaje na oczy nie pokazują!


nowy mieszkaniec domu, ot taki niepozorny kawałek drewienka, a jak cieszy oko, zakupiony w małym klimatycznym sklepiku przy rynku w Sandomierzu...musiałam go mieć, wypatrzony późnym wieczorem przez szybę wystawową, rano był już u Bartka za pazuchą :)

poniedziałek, 12 października 2009

no i po urlopie, fajny był ten poprzedni tydzień... mimo jesiennej, kapryśnej troszkę pogody udało się wypocząć, złapać chyba już faktycznie ostatnie słoneczne godziny w tym roku. zrobiliśmy sobie taką rundkę przez Małopolskę, Podkarpacie prosto do serca Bieszczad. w pewnym sensie spełniło się moje marzenie, bo w końcu zobaczyłam całą pętlę bieszczadzką, od Sanoka przez Komańczę, Cisną, Wetlinę, Ustrzyki Górne po Solinę. w tamtych stronach jest tyle pięknych miejsc, że można by spędzić nie dni, a pewnie miesiące na podziwianiu tych cudów. ale nawet te kilka krótkich chwil na połoninie Caryńskiej, na przełomie Sanu, czy w cieniu drewnianych starusieńkich cerkiewek, dało mi wielką radość. zapisałam w pamięci zapierające dech krajobrazy, zapach mokrych gór, ciepło słońca na połoninach, szum wody spływającej z potoku po kamieniach, dzwonki i beczenie owiec, fakturę dwustuletniego drewna ...znój wędrówki pod górę, nierówności bieszczadzkiej wyboistej ścieżki, uczucie lekkości i jakiejś nieokreślonej radości po dojściu na szczyt, moc wiatru- siłę natury... zamykam oczy i wszystko to wraca... gdy nastaną szare, smutne dni, a po nich te mono kolorowe, białe, - bieszczadzkie wspomnienia pomalują mi świat, a sny się zamienią w jesienne, kolorowe pejzaże :)






czas wrócić do rzeczywistości, nadrobić zaległości projektowe, domowe-przetworowe. niestety trzeba wpaść w rytm codzienności, zagospodarować czas miedzy porankiem a wieczorem. ale w między czasie można też poszukać piękna wokół siebie i obrać sobie taką bieszczadzką ścieżkę, wyboistą a jakże, którą się dzielnie będzie podążało ku szczytom :) albo dolinom... cokolwiek miało by to znaczyć hehe taki optymistyczny, górski akcent na koniec. teraz trzeba poszukiwać dobrych stron nawet tych złych stron, co by jakaś depresja jesienno-zimowa nas nie dopadła ;)

czwartek, 1 października 2009


Jesiennie już się zrobiło zupełnie, zmieniła się pogoda, drzewa ubrały już swoje kolorowe suknie, jezioro zmieniło kolor na smutny, ciemnoszary odcień. Wieje , pada, a na dokładkę jest zimno brr. do domu przyniosłam już pierwsze kasztany, na komodzie jak co roku o tej porze zagościła suszona hortensja, żeby na jeszcze troszkę przywołać wspomnienie lata...wygrzebałam prababciny ręcznie robiony bieżniczek, razem ze starą porcelaną i kwiatami tworzy całkiem przyjemny zestaw w ciepłej tonacji ...



Najnowsze moje odkrycie na słoty jesienne to edelberry flower drink czyli sok z kwiatów czarnego bzu. Przepyszny, rozgrzewający z ciepłą wodą, idealny zamiast cytryny do herbaty. Myślę, że zagości u mnie na stałe, latem będę go podawała z wodą sodową i ginem ;) Sok jak się okazuje na zdrowotność, ponieważ kwiaty dzikiego bzu czarnego zawierają; flawonoidy, garbniki, kwasy organiczne, fenole, sole mineralne, olejki eteryczne i związki działające napotnie. wywar z nich stosuje się najczęściej jako środek napotny i przeciwgorączkowy, a także moczopędny przy zapalnych stanach dróg moczowych. Zewnętrznie używa się go do płukania przy zapaleniu gardła i ust, jak również do przemywania oczu. Picie soku podnosi podobno również odporność organizmu, idealny na przejściówki letnio-jesienne i zimowo-wiosenne :)



A spiżarka powoli się zapełnia, wczoraj późnym wieczorkiem włożyłam do słoików konfiturę ze śliwek węgierek, przerobiłam też paprykę, czekają mnie jeszcze buraczki i może jednak pomyślę nad jabłkami... chodzi mi po głowie jeszcze dzika róża, owoce czarnego bzu, pigwa...ale to odkładam na później...

Nie pisałam nic o rykowisku, a byłam kilka dni temu wieczorem u znajomych w leśniczówce w środku lasu na przepięknym koncercie...bajka, ryk jeleni zrobił na mnie ogromne wrażenie.. siedzieliśmy sobie pod drzewem na ławce, wcinaliśmy jabłecznik z kruszonką a 15m dalej dorodny byk prezentował swoją siłę, niesamowite...

Dziś dzień prania, ogólnego ogarniania się, kończenia spraw ważnych, bo od jutra Bartek ma urlop... mam nadzieję, że pogoda się poprawi i uda nam się wyskoczyć w bieszczady na kilka dni, marzy mi się polska złota jesień na połoninach... może uda się zrobić kilka fajnych fotek..

poniedziałek, 28 września 2009


ale ten czas strasznie szybko leci...już końcówka września, nastała jesień. kilka dni temu skończyłam 29 latek, ostatnie 20 urodziny szok...nie powiem żebym się miała czym cieszyć :/ stara baba już jestem he he no ale takie życie.
we wrześniu udał się jeden bardzo fajny weekend, pojechaliśmy nad morze, do Pałangi. bardzo odpoczęłam, choć to były tylko dwa dni. pogoda jak na ten miesiąc wymarzona, słonko, ciepełko, lekki wiaterek...mało ludzi...100m do plaży....bajka. spacery, spacery, spacery...wdychanie jodu, śniadanko na plaży-świeże wędzone rybki...pyszne jedzonko w knajpce obok...to jest to.
no i weekend z psem, o dziwo dało się wypocząć razem z posokowcem, Licho wyszalał za wszystkie czasy ale był tez bardzo grzeczny :)



miałam też ostatnio zew czytania, zakupiłam sobie dwie książki, lekkie czytadło "tysiąc dni w Wenecji" oraz "zapomniany ogród" kate morton...cierpiałam chyba na niedobór czytelniczy, bo pochłonęłam je dosłownie w trzy dni...zrobiłam sobie wolne od wszystkiego, nic tylko książka i ja, oderwałam się zupełnie od rzeczywistości, zwłaszcza przy zapomnianym ogrodzie, bajkowa historia :)


...ostatnie dni niezbyt udane, znowu rozbite auto, tym razem mam życie borsuka na swoim koncie, fatalnie się z tym czuję, ech...bardzo mi szkoda tej istotki, biegał sobie po świecie, a wystarczyła chwila i nie ma go już...no i czemu to mi się przytrafiło, masakra jakaś.... :(

środa, 9 września 2009

o świcie...


... wszystko wydaje się takie świeże, nieskazitelne...początek dnia, czegoś zupełnie nowego...oddechy z rześkiego, chłodnego powietrza uderzają do głowy, wokół cisza i spokój...
tego dziś było mi trzeba, wstałam przed wpół do szóstej, zabrałam aparat i poszłam sobie w teren. było przecudnie, totalnie się wyciszyłam, pstryknęłam kilka fotek, ale bez żadnej rewelacji, choć nie powiem, że nie nastawiałam się na ochy i achy...to nie był chyba dobry czas na fotografowanie, to co rejestrowało moje oko, w żaden sposób nie przełożyło się na zdjęcia...bywa i tak...najważniejsze jest i tak to, co zostało w głowie...a było co podziwiać, przepiękny wschód słońca, cały świat zatopiony w mlecznej mgle, babie lato i pajęczyny z tysiącem nanizanych jak diamenty kropelek rosy...odgłosy budzącej się do życia przyrody, śpiew ptaków, pianie koguta, ryczenie krów, rżenie koni... a pośród tego wszystkiego ja, taka mała, dziwna dziewczynka w kaloszach, Karolcia w krainie czarów ;) ech...cudnie to lato się kończy i jak pięknie przechodzi w jesień...






niedziela, 6 września 2009

pierwszy jesienny weekend...zrobiło się chłodno, mokro, generalnie mało przyjemnie. trzeba wyciągnąć pledy, termofory ;) zaopatrzyć się w zestaw dobrych książek do czytania, herbatę...nadchodzi czas długich wieczorów...
ech..ja jednak mam jeszcze nadzieję na troszkę lata, na słonko i ciepełko, jakoś w tym roku chyba słabo magazynowałam tą dobrą energię na zimę...
w domu pachnie prawie świątecznie, porozkładałam na parapetach pigwę, żeby "doszła" nabrała właściwego pomarańczowego kolorku, choć tak naprawdę podświadomie wymiguję się od przetworzenia tych kilku kilogramów owoców. leń przetworowy! muszę jakoś to w sobie przezwyciężyć, bo kiepsko będzie w zimie z dżemami i piklami...a pojeść się później chce takich dobrot z lata...

a na ponure wieczory, najlepsza i nieodzowna jest herbatka z sokiem albo naleweczką z pigwy!




środa, 2 września 2009

marazm blogowy...

no to minął miesiąc, ponad 30 dni bez pisania, choćby słówka...jakiś taki napięty był ten sierpień, poza tym jeszcze chyba nigdy wakacje=lato nie minęło mi tak szybko...jak tak dalej pójdzie, to jutro się obudzę i trzeba będzie ubierać choinkę i zakładać ciepły paltocik...nieuchronnie zbliża się do zimy brrr...na szczęście póki co dzionki są jeszcze bardzo ładne, słonko przygrzewa ;) trzeba korzystać i ładować akumulatory na jesienne słoty i dżdże...
sierpniowy czas jakoś tak rozszedł się a to na projekt, a to na rozjazdy na psie wystawy itd., dobrze, że już ten etap jest zakończony, co najważniejsze-projekt zdany... mogę zająć się trochę domem, przetwórstwo leży, owoce i warzywa się marnują, chyba wezmę się najpierw za to...może przy okazji wyłączę myślenie, mętlik w głowie mi się poukłada, gonitwa myśli ustanie, bo ostatnio doskwiera mi permanentny brak luzu...ech
gdyby wrzesień był ładny może się wybierzemy w Polskę, a może urlop gdzieś dalej..zobaczymy
przydałaby się w każdym razie zmiana otoczenia, klimatu...

wtorek, 28 lipca 2009


Pod oknami wybujała dżungla kwiatów, a wszystko przez to mokre lato...
Pięknie jest, są 3 metrowe malwy, naparstnice, dzwonki niebieskie i liliowe, georginie, żółte mini słoneczniki, samo-siejące się co roku złotokwiaty, ostróżki...
Na hortensji ogrodowej i krzewiastej pojawiły się już kwiatowe baldachy, powojniki w tym roku bardzo poszły w górę, mają chyba milion kwiatów...
W donicach pelargonie angielskie, pnące, kampanule...









Dodaj obraz
Wczorajszy dzionek był fajowy...
wynikiem babskiej inicjatywy, połączenia sił, wspólnego zaangażowania 3 kobitek -powstało ok. 60 kartaczy, co, chciałam nadmienić, jest nie lada wyczynem!
spotkałyśmy się wczoraj około południa u "Państwa Malczewskich" w domku, w Budzie Ruskiej...było obieranie, tarcie chyba z 15kg ziemniaków (normalnie wystarczyłoby 7kg, ale młode były bardzo wodniste), zrobiłyśmy pyszny farsz, skwareczki, surówkę z młodej kapusty... słuchałyśmy fajnej muzyki, plotkowałyśmy, poruszałyśmy mniej lub bardziej poważne tematy, a przy tym śmiałyśmy się do rozpuku (przypomniały mi się czasy szkolne)... oczywiście upierniczyłyśmy pół chałupy, nie mówiąc o zalaniu podłogi, innych stratach, bo jakoś wyjątkowo często coś z rąk leciało... ale w przyjemnej, wyluzowanej atmosferze udało nam się "popełnić" całkiem dobre kluchy! :)
potem zjechał się cały dom ludzi i wszyscy żeśmy się zajadali, a każdy zjadł tyle, na ile miał sił, a taką ilością to i pól wsi by obdzielił...
było też coś na deser: pyszny jabłecznik na kruchym, maślanym spodzie, z kruszonką i aromatyczna kawka z tygielka :)

jakoś nigdy nie miałam chęci ani odwagi za kartacze się brać, a jak się okazało, nie takie licho straszne jak go malują!

dzionek zaliczam do udanych i pożytecznie spożytkowanych :)

a dzisiaj słonko pięknie przygrzewa, powinnam zabrać się za robotę, ale może zamiast tego pójdziemy sobie z Licho nad jeziorko...w końcu co się odwlecze to nie uciecze ;) ...jasne...ech

poniedziałek, 27 lipca 2009


Sezon przetworowy rozpoczęty!
dziś:
WIŚNIE Z MIGDAŁAMI
Z LEKKĄ NUTKĄ RUMOWO-KARDAMONOWĄ


niedziela, 26 lipca 2009

Muszę rozprawić się w końcu z moimi wszystkimi grafikami, na sekretarzyku leży już cała kupka nieoprawionych obrazków, a ja dalej gromadzę nowe...mam w kółko tą samą wymówkę, odkąd się przeprowadziłam, że jeszcze może coś pozmieniam we wnętrzu, że szkoda ścian, że ten układ, styl czy kolor może się jeszcze zmieni...bzdura! trzeba zacząć działać :)
zacznę od tych najnowszych, którymi nie zdążyłam się nacieszyć i które mi się jeszcze nie opatrzyły... przecudne, wyszperane, cudem upolowane kilka dni temu- trzy graficzki z motylami...oczywiście nie mam jeszcze na nie miejsca, są za ładne żeby wisiały gdzieś w kątku, a większość "reprezentacyjnych" ścian już jest zajęta, w związku z tym szykuje się pewnie przemeblowanie...
tymczasem oto i moje bajeczne motyle :)




sobota, 25 lipca 2009

Krótka impresja na temat wycieczki rowerowej
czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło
= przepyszny truskawkowy smoothie!

weekend spędzam sama w domu, Bartek wyjechał, zostałam na wsi bez samochodu...w ruch poszedł więc dawno zapomniany tzw. po tubylczemu rowerzyk/roweryk...co by było zabawniej dokręciłam sobie do niego sprzęt do jazdy z psem, czyli sprężynkę przeciwdziałającą szarpnięciom i wybraliśmy się z Licho na dziewiczą wyprawę w okolicę...
niestety, próby przyczepienia posokowca do roweru zakończyły się fiaskiem/siniakami na moich łydkach/ogólnym zniechęceniem obydwu stron..co najgorsze, powrót do domu z powodu niemożności zapanowania nad psem odbył się nie asfaltem, ale drogą przez chaszcze, zielska sięgające czubka mojej głowy,błota, góry i doliny, wertepy jakieś, pastwiska z krowami, bykami, końmi, a co za tym idzie chmarą robactwa, która radośnie kąsając raz po raz jakieś miejsce na moim ciele, dotrzymała nam towarzystwa aż do domu...
historia ta byłaby tragiczną gdyby nie jedna rzecz, a mianowicie: gdzieś pomiędzy tymi wertepami którymi wracaliśmy, ku mojemu zdziwieniu wjechaliśmy na poletko, chyba ostatnich z ostatnich już w tym roku, truskawek...łapki w ruch i hop do kaptura w bluzie! a w domku mikserowe czary mary i...
siedzę sobie teraz wygodnie, popijam mojego wielkiego truskawkowego drinka, upajam się jego smakiem, smakiem lata, w malwach pod oknem cyka świerszcz, słonko zachodzi na czerwono-jutro będzie pogoda, jest pięknie...
i prawie już zapomniałam o tej feralnej wycieczce, na której umęczyłam się jak na siłowni...tylko cholera wszystko mnie swędzi od tych ugryzień!






niedziela, 19 lipca 2009

Uff...nareszcie chwila ochłody, na podwórku przewala się właśnie front, wieje orzeźwiający wiaterek...cały weekend było parno i gorąco. Motywem przewodnim tych dwóch dni było nicnierobienie/lenistwo, główną rolę zaś zagrał Citrullus lanatus czyli ARBUZ. Straszną miałam na niego chętkę! wynik: ponad 10 kg arbuza pochłonięte przez dwa dni :) prosty i nieskomplikowany w przyrządzaniu owoc, ale wystarczy popuścić wodze fantazji i zamieni się w wytworny, smakowity letni posiłek...mniam!



menu arbuzowego przepysznego weekendu:

ARBUZ, ser feta, świeża bazylia, świeżo zmielony pieprz

ARBUZ, wino musujące

ARBUZ, rukola, ser ricota, prażone orzechy

ARBUZ, świeża mięta

ARBUZ, cieniutko pokrojona szynka parmeńska

ARBUZ, lody śmietankowe, ocet balsamiczny malinowy/figowy

ARBUZowy chłodnik, owoce letnie jagody/maliny/poziomki/truskawki, kluseczki zaciereczki domowe

czwartek, 16 lipca 2009

A dziś żółte szaleństwo, TAGLIATELLE CON FUNGI, czyli makaron z kurkami!
Smakuje najlepiej z własnoręcznie uzbieranymi grzybami, w tym tygodniu w moich stronach obrodziło w żółciutkie :)

pasta/ makaron:
400g mąki pszennej, 2łyżeczki soli, 4 jajka-roztrzepane, 3 łyżki oliwy z oliwek (zagnieść ciasto z podanych składników, gdy wszystko dobrze się połączy wyjąć z miski i ugniatać przez ok 5 min. schłodzić w lodówce, rozwałkować cienko i pociąć na 1.5 cm paski, zagotować wodę z łyżką oliwy, wrzucić makaron na ok 2-3 min)

suggo/sos:
kurki, średnia cebula, szynka prosciutto, słodka śmietana, natka pietruszki do posypania, sól, pieprz (cebulkę i szynkę podsmażamy, zalewamy śmietaną, dodajemy grzyby, wszystko razem dusimy ok 40minut, doprawiamy, przyozdabiamy)




Przyzwyczaiłam się do natłoku zajęć warsztatowych, jakoś tak inaczej teraz płyną dni- powrót do rzeczywistości, codzienności...troszkę czas znowu przelewa się przez palce, nadrabiam zajęcia odłożone na półkę przez te 10 dni. Wczoraj oddałam się szaleństwu kulinarnemu, upiekłam imbirowe muffiny, które podałam z pieczonymi gruszkami z sosem cytrynowo-pieprzowym i gałką lodów...mniami, pychotki :) Rozpoczęłam też sezon bobowy, bo przecież to grzech nie jeść go jeszcze, gdy lato w pełni :)



najbardziej lubię bób ugotowany z pietruszką, solą i polany masełkiem...
ale można też przyrządzić go z bułką tartą, albo oliwką i czosnkiem...można jeść z łupinkami lub bez, jak kto lubi :) dwa w jednym: pysznie i zdrowo...

poniedziałek, 13 lipca 2009

No i po warsztatach...szybko minęło te 10 dni, stanowczo za szybko! Muszę przyznać, że już dawno nie musiałam przyswajać takiej ilości wiedzy. Mam nadzieję, że jakoś mi to się poukłada w głowie, że technika przełoży się wkrótce na jakość moich zdjątek :) Poza tym było cudnie, pogoda piękna, uczestnicy warsztatów bardzo fajni, więc czas upływał w przyjemnej atmosferze. Wykłady, wyjścia w teren, piękne popołudnie z miodowym swiatłem w klasztorze wigierskim, spływ kajakowy Czarną Hańczą, przeglądy i selekcja zdjęć, a na koniec wystawa po warsztatowa w Chlewogalerii... Światłocień, malowanie światłem, forma, kompozycja, barwa, nasycenie, walor, przysłony, migawki, makro, faktury, sztuka.....FOTOGRAFIA