czwartek, 22 kwietnia 2010

czasem słońce, czasem deszcz...
dziś to nawet śnieg i grad u nas spadł
pani zima musiała powiedzieć ostatnie słowo, nie ma co
fatalna pogoda, fatalne ciśnienie, fatalne samopoczucie
ech, nastawiłam gar rosołu, w sam raz na te warunki atmosferyczne
wołowinkę z zupy zmielę i zapakuję w naleśnikowe ciasto-będą krokiety :) pyszne, zapieczone na chrupko z pomidorami...
ot i cały mój plan na dziś, na poprawę nastroju, aury, na zachciewajki kulinarne 
jak zawsze w takich momentach, marzy mi się kocyk i leżaki przy kominku...
może wieczorem odwiedzimy państwa M. i wygrzeję się na zapiecku...
może partyjka w kości...
a może dzbanek gorącego czaju...
może jakiś film...
a może ciepła drożdżówka i kakao...
ech, dziś u mnie wszystko jest na może, albo na nie...
oby do jutra, oby do maja,  do lata... ;)

wtorek, 20 kwietnia 2010


na wiosenne dni
do piknikowego koszyka
pychotowata tarta ze szpinakiem


na placek:
2 szklanki mąki
pół kostki masła/ mr
1/4 szklanki zimnej wody
1/4 szklanki oleju
łyżka śmietany
(sam placek podpiekam przez 15 minut w piekarniku, aż lekko się zarumieni, następnie wykładam nadzienie i całość zapiekam kolejne 20 minut na 180-200*, aż masa na wierzchu nabierze złotobrązowego kolorku)
wypełnienie:
pierwsza warstwa na spód
0.5 kg szpinaku świeżego/ mrożonka ( blanszuję na patelni z oliwką, łyżką masłą i dużą ilością czosnku,przyprawiam pieprzem i gałką muszkatałową)
druga warstwa
150 g sera białego ( używam capri lub wiejski) +2 jajka ( wszystko razem miksuję, doprawiam solą, wylewam na szpinak)
wierzch tarty posypuję płatkami parmezanu 

czwartek, 15 kwietnia 2010




wiosna pełną parą, zazieleniło się, powychodziły pierwsze leśne i polne kwiatuszki, cudnie jest. słonko pięknie przygrzewa, choć od ziemi ciągnie jeszcze chłodkiem...zgodnie z zaleceniem tubylców, czekam jeszcze z siewem nasionek w warzywniaku. mimo tęgich mrozów i braku okrycia w zimie, moje przydomowe krzewy o dziwo przetrwały, puściły pięknie pączki, co wielce mnie uradowało. bałam się, że może być z nimi krucho. wczoraj jedliśmy pierwszy wiosenny plenerowy posiłek- obiadek na pomoście nad Czarną Hańczą. zachciało mi się kanapek piknikowych z kotletami mielonymi z pietruszką i koperkiem, do tego zrobiłam w pojemniczkach mizerię i pomidory z cebulką, w termos herbata... mniam, wyszło pysznie i w dodatku apetyt na świeżym powietrzu był podwójny, uszy się trzęsły od zajadania ;)  oczka nacieszyły się pięknymi widokami, uszy śpiewem ptaków, a  ciałko promykami słonka...

sobota, 10 kwietnia 2010

[*]
kwietniowa smutna sobota...
z niedowierzaniem przyjęłam wiadomość o katastrofie polskiego samolotu
wielki żal, niewyobrażalna tragedia...
w głowie kołacze się pytanie dlaczego...dlaczego dzieją się takie rzeczy...!? 
to straszne, nie umiem sobie tego wytłumaczyć

niedziela, 28 marca 2010

gdzieś zasłyszane...
wpadło w ucho...
na dobry początek przedświątecznego tygodnia
na tupu tupu nóżką przy wyrabianiu mazurków i bab
na poprawę nastrojów
zamiast kawy- na rozruszanie ;)
fajne klimaty...




czwartek, 25 marca 2010

taka sobie świąteczna układanka
baziowo-kulkowa 

środa, 24 marca 2010

zauroczona...
jestem od jakiegoś czasu, pewnym facetem, ogólnie rzecz biorąc, a może raczej jego twórczością...
ten ktoś to Jan Jakub Kolski. ostatnio namiętnie wpatruję się w jego filmy. przypadkiem wpadła mi w ręce "Afonia i pszczoły" no i zaczęło się...później "Jasminum", "Historia kina w Popielawach", "Grający z talerza"...przypomniałam sobie też filmy, które kiedyś już oglądałam "Szabla od komendanta","Pornografia" i  kultowy "Jańcio wodnik"... poszukuję namiętnie następnych filmów i książek ;)
i ciągle mi mało...tych magicznych kadrów, baśniowego stylu, przecudnych pejzaży, klimatu wsi, małych cudów. zauroczyło mnie takie niesamowite, a zarazem naturalne połączenie rzeczywistości z czarami, magią, religią  i pogańskimi podaniami. zafascynowało przedstawienie zwyczajnego świata, ale jak tak bardzo dalekiego od szarej rzeczywistości, malowanego na ekranie  jak pędzlem malarza impresjonisty.  no i te ujęcia, ech...strasznie wyostrzają wzrok, pobudzają wyobraźnię, po filmie mam ochotę lecieć w pole z aparatem, szukać tego szczególnego światła, takich cudnych kadrów i zapachów: mokrej trawy, sianokosów, powietrza po burzy... mając przed oczami ruchomy obraz na ekranie, odnoszę wrażenie, że przeglądam jakiś niesamowity album fotograficzny, mistrzostwo świata po prostu! choć ogólnie świat w twórczości Kolskiego jest nieco mroczny, pełen dziwnych, czy też ułomnych postaci i jak  sam autor mówi "nasyciłem ekran smutkiem, zużyłem cały osobisty zapas mroku", to mimo wszystko odnajduję w nim pełno optymizmu, miłości, otuchy, zmysłowości...i "ten szczególny refleks, który trafia widza prosto w serce i każe się zanieść do domu"o którym mówi Kolski....


niedziela, 21 marca 2010

wiosna
  • wieje cieplejszy wiatr :)
  • są już pączki na drzewach
  • pada kapuśniak
  • nie ma już prawie śniegu
  • słychać krzyki żurawi
  • ptaki świergolą jak głupie
  • w gniazdkach jajeczka ( w orlim pojawiło się dziś jedno) :)
  • przestałam nosić futrzaną czapkę i rękawiczki
  • chyba zamienię zimowe buty na kalosze 
  • niestety potwory kleszcze już atakują
  • mam pierwszego krokusa w ogródku- żółtego! ;) 
  • w okolicy są już malutkie kotki, bazie na drzewach 
  • mój wawrzynek wilcze łyko ma piękne pączki, chyba zakwitnie :)
  • jest pierwszy bocian! :)

sobota, 20 marca 2010

ostatnio jakoś nie wychodzi mi pisanie notek, chęci brak albo weny czy też czasu. zdjęcia robię  głownie w domu, na podwórku nudna przejściówka zimowo-wiosenna, ani koloru ani nawet odrobiny słonka ostatnio nie ma. dni też jakoś tak mijają bardzo spokojnie, nie dzieje się właściwie nic nadzwyczajnego. chyba przez tą aurę zapanował taki chwilowy marazm. błoto wszędzie, chlapa wszędzie...co to będzie!?
dobrze, że przed kilkoma dniami odwiedzili nas znajomi, zawsze to jakaś odmiana i weselej troszkę się zrobiło. na początku tygodnia  musieliśmy odbębnić krótki wyjazd do Białegostoku. smutny to był czas jakiś taki, pożegnałam swojego kochanego Ptaka, kanarka staruszka, ech. w moim pokoju zrobiło się cicho i pusto.  chociaż chciało mi się posiedzieć spokojnie w domu, to nie za bardzo dawałam radę się odprężyć. ciągle mi się na wspominki zbierało i smuteczki jakieś. no ale takie życie...trzeba przetrawić...
wczoraj złożyłam kolejny, trzeci już wniosek o dofinansowanie, w Białymstoku, zobaczymy jak wypadnę, tym razem podbijam stolicę województwa ;) za pierwszym razem zabrakło dwóch punktów, za drugim lista rezerwowa i dwie dziesiąte punktu za mało. żadnych wniosków z kart oceny merytorycznej niestety wyciągnąć nie miałam jak, państwo oceniający nie zgodzili się ze sobą w ani jednym punkcie, masakra...widać nie ma na ocenę żadnego klucza, ani metody...jest to po prostu subiektywna ocena jednostki "unijnego sprawdzacza wniosków". czysta anarchia. nie wiem czy to dobre słowo...raczej absurd, a do tego loteria losowa...no nic, ale jak się chce kaskę trzeba po nią sięgać, sama nie przytupta i nie zapuka do drzwi, dlatego próbuję, póki co dzielnie i bez załamywania rączek...ale wewnętrzne poczucie niesprawiedliwości i cierpliwość, mają swoją granice...
ostatnio jestem fanką kamerek online podglądających dzikie zwierzęta, moja ulubiona to ta zainstalowana przy gnieździe orłów, po prostu niesamowite wrażenie robią na mnie te ptaki! , ale prześmieszne akcje można tez zobaczyć na ujęciach z łowiska, gdzie rozrzucana jest karma, gdzie stołują się dziki, sarny, jelenie (np.codziennie ok godziny 16, pan leśniczy zakarmia i zasiada na wiaderku, które wcześniej sobie ścieli słomą i przez dobrą godzinę siedzi nieruchomo, a wokół biega bez składu i ładu, jak po arenie cyrkowej momentami nawet setka dzików :) człowiek się może wciągnąć, jak w "dobry" brazylijski serial, nie ważne jak długo nie oglądasz, ale włączasz i wiesz wszystko! 
akcje z dzikami mogę śledzić też na żywo. w okolicy pan przewrócił słup energetyczny, jadąc za szybko traktorem ;) więc stary słup usunięto, a wkopano nowy, rozgrzebując zamarzniętą ziemię. już wieczorem wieści o nowej stołówce rozeszły się po okolicznym lesie, a dzicz kudłata przegrzebuje namiętnie co dzień od nowa każdy centymetr ziemi wokół nowego słupa, powiększając średnicę zrycia średnio o kilka metrów...oczywiście zwierzęta są tak zajęte penetracją gruntu, że nie zwracają prawie w ogóle uwagi na otoczenie, więc spokojnie można się im przyglądać :)

piątek, 19 marca 2010

w świątecznym nastroju...








niedziela, 14 marca 2010

moja 
domowa 


wiosna
 

środa, 10 marca 2010

marzec płata figle, wiosna była już prawie, a tu zima znowu nastała...za oknem biało, pięknie oszronione drzewa, i cała masa słonka na pocieszenie :)
ostatnie dni minęły pod znakiem badań lekarskich, wyników krwi i takich tam...dziś odebrałam testy na boreliozę- negatywne! cieszę się bardzo. prawie wszyscy najbliżsi znajomi chorują i już miałam wizję miesięcznej kuracji antybiotykami ( z nie wiadomo jakim skutkiem).  a trochę tych kleszczy w zeszłym roku, w okresie wiosenno-letnio-jesiennym niestety złapałam. ominęło mnie to wątpliwe szczęście zarażenia się ,uff. ale sezon kleszczowy znowu przed nami... za chwilę, zachęcone promykami słonka, wyjdą te małe potwory i będą zatruwać nam życie, zakłócać wiosenne spacery, siać popłoch po powrocie z podwórka...nie cierpię tego, ech. jutro czekają mnie kolejne testy, mam słaby jeden wynik krwi, który świadczy być może właśnie o alergii, cholera, jeszcze tego nie było w repertuarze! być może stąd biorą się te moje wiecznie chore zatoki...? no nic, pożyjemy, zobaczymy...najważniejsze, że wyniki tarczycy dobre i ogólnie też wszystko w miarę oki, mam okresowe badania z głowy na jakiś czas :) 
święta zbliżają się wielkimi krokami, czas leci jak szalony, a pamiętam jakbym wczoraj robiła stroiki na poprzednią Wielkanoc, szok...niedługo muszę przysiąść i powymyślać jakieś ozdóbki śmieszne, może na te święta uda mi się wyrobić z pocztówkami trochę wcześniej. palmę zakupiliśmy na kaziukach, więc choć to już z głowy ;)
tymczasem biegnę przycinać drzewka, bo to już ostatni moment!
 

środa, 3 marca 2010

za oknem od rana słonko...
jest ciepło, choć wieje nieprzyjemny wiatr
ogólnie pogoda w kratkę...
raz z chmurki sypnie śnieg, raz deszczyk pokropi
no ale jak to mówią "w marcu jak w garncu"

zmajstrowałam dziś fajny obiadek
szybkie wiosenne conieco
taki właśnie marcowy miszmasz kuchenny :)
wyszło pychotkowato! 

Placuszki z cukinii
z sałatą z cykorii i grillowanej papryki
polane sosem serowo-czosnkowym
  
  

na placki:
(10 placuszków-2 osoby)
starkowana jedna młoda cukinia (25cm) 
dwa jajka
4 łyżki mąki
natka pietruszki
sól, pieprz
na sałatkę: 
dwie cykorie pocięte w paski
jedna czerwona papryka, grillowane paski
na sos:
150g fety
2-3 łyżki jogurtu naturalnego
2 ząbki czosnku
(wszystko razem zmiksować)

poniedziałek, 1 marca 2010

"Zaledwo zimy minęła pogróżka,
W łagodnym, miękkim i tkliwym powiewie
W sad nagi wchodzi wiosna, nowicjuszka
Skromna, co jeszcze o swych czarach, nie wie..."


przedwiośnie 
uroki wsi, okolicy w jakiej mieszkam, doceniam zawsze najbardziej po powrocie z miasta. po kilku dniach w betonowym, zurbanizowanym krajobrazie, nie przeraża mnie już nawet błoto po kolana, a byle kałuża wydaje się być jakimś zaczarowanym zwierciadłem, w którym można ujrzeć ten niesamowity błękit wiosennego nieba. kiedy wyjeżdżałam, we czwartek, wokół było zupełnie biało, dookoła piętrzyły się zaspy śnieżne.  przez te kilka dni nieobecności okolica zupełnie się zmieniła, wreszcie coś się ruszyło, ożywiło w przyrodzie... czerń i biel przeobraziła się w beżowo-brązowy melanż poprzetykany gdzieniegdzie błękitem nieba oraz odcieniami zieleni zeszłorocznej trawy.  jest przyjemnie ciepło, człowiek ma chęć zrzucić z siebie zimowe ubrania, poczuć na skórze te pierwsze wiosenne promienie słońca, oddychać głęboko, wciągać zapach rozmarzającej ziemi...


środa, 24 lutego 2010

dziś takie cuda na spacerze podziwiałam
lodowe układanki, jak w kalejdoskopie...
co kałuża to inne dzieło sztuki ;)


jak chłopa w domu nie ma kilka dni, to gotować mi się za bardzo nie chce, poza tym obiad w samotności jakoś nie smakuje tak dobrze...ale jest jedna rzecz, którą mogę jeść z apetytem, bez względu na okoliczności i nawet wtedy, kiedy nic innego w siebie nie wmuszę -omlet! dziś właśnie zrobiłam sobie taką przyjemność, z serii -Karolcia sama w domu :)

niedziela, 21 lutego 2010

taka sobie śmieszna niedziela...
ponieważ w trakcie porannego wyjścia z psem poczułam tchnienie wiosny w postaci mocno operującego słonka, na wariata zaczęłam snuć plany o obiedzie w plenerze, pieczonych ziemniakach i takich tam. zadzwoniłam do Pani M. z zapytaniem o przygotowanie czegoś takiego ekstra wspólnie, czy może maja chęć...w odpowiedzi usłyszałam, że owszem "przyjmujemy zaproszenie, będziemy ok. 15 u was" załączył mi się w głowie ???, ale nie dano mi czasu na ripostę ;P i tak to wmanewrowałam się sama w obiadek proszony mimo woli, hehe. plany o plenerze runęły w gruzach, wiosna wydała się jeszcze bardzo odległa, a do tego lodówka po otwarciu świeciła pustkami...no masakra...
na szczęście było jeszcze troszkę czasu do pory obiadowej, zdążyłam z pomocą bartka zrobić niezbędne zakupy i choć częściowo zaspokoić swoje pragnienie pobycia na podwórku, spacerkiem do profesora S. przy okazji spędzając dość miło przedpołudnie przy herbatce, opowieściach o sztuce, koniach, no i oczywiście oglądaniu młodzieży arabskiej...
pomysł na obiad był dość spontaniczny, coś suchego z szafki + zakupione dodatki= lasagne ze szpinakiem, ot co przyszło mi do głowy i to też zrobiłam...wyszła pyszna, z chrupiącą przypieczoną serową skorupką na wierzchu, chyba wszystkim smakowała, bo opróżniliśmy wspólnymi siłami całą blaszkę ;) więc brzuszki były pełne, a humory dopisywały...do wieczorka przesiedzieliśmy razem, a to grając w scrabble, a to w jengę, chichocząc , opowiadając jakieś bzdety, generalnie bardzo dobrze się bawiąc...i tak to właśnie moja obiadowa wtopa zamieniła się w fajowe, leniwe, swawolne niedzielne popołudnie :) a na ogniska, obiadki na łonie natury, wylegiwanie się na trawie, gapienie na rzekę, przyjdzie mam nadzieję jeszcze odpowiednia pora.....
Na podwórku dodatnie temperatury, w kuchni też zachciało mi się wiosny...właściwie myślami wybiegłam nawet do lata, do wakacji w Rzymie, do pysznego włoskiego jedzonka...po zimowej erze mięsożerców, nastał czas na proste, lekkie i szybkie dania. za oknem śnieg i błoto, czerń i biel, przynajmniej na talerzu się troszkę ożywiło :)


serowe gnocchi
polane masłem z oliwą truflową i czosnkiem
posypane zieloną pietruszką i parmezanem
doprawione świeżo startą gałką muszkatołową
ciasto na kluseczki:
0.5 kg sera białego (mokrego) zmielonego
1.5 szklanki mąki
1 jajko
szklanka startego parmezanu
łyżeczka soli

pappardelle
z suggo z pomidorów, czosnku, oregano
wymieszane z rukolą i parmezanem
doprawione grubo mielonym pieprzem
ciasto na makaron:
150 gr mąki
3 żółtka z dużych jajek
lub 2 całe małe jajka
(na dwie osoby)

takie zrobione własnoręcznie makarony czy kluseczki są o niebo lepsze niż te gotowe, sklepowe...a do tego ile frajdy i satysfakcji daje "samowytwarzanie" :) no i sprawa jest banalnie prosta...z podanych produktów trzeba tylko zagnieść ciasto i porządnie je wyrobić, fakt, zajmuje to troszkę czasu ale doznania kulinarne...ech...niebo w gębie...kto spróbuje, temu przypomną się czasy babcinych obiadków :) a dodatki to tylko kwestia fantazji ...dziś pomidory, oliwka, innym razem ser pleśniowy, czy szynka, albo bułka tarta z masłem i prażone orzechy ;P uwielbiam takie gotowanie...

środa, 17 lutego 2010

koniec karnawału
Popielec-czas odnowy i nawrócenia
4o dni do Wielkanocy
zbliża się wiosna...


dość już chyba mam tego śniegu, monotonii mono-koloru. choć nie było już dawno tak pięknej zimy, to zdążyłam nasycić oczy białymi landszaftami. tęskni mi się do wiosny, do tych pierwszych promyków słońca, budzących do życia przyrodę, cały świat...czekam na pierwiosnki, zawilce, przebiśniegi, na bazie, na pierwszą nieśmiało przebijającą się zieloną trawę, na klekot bocianów w gniazdach i na krzyki żurawi dobiegające znad łąk...
konie zaczęły gubić zimową sierść, ptaki jakoś tak radośniej ćwierkają, dzień zrobił się już dłuższy...to chyba oznaki zbliżającej się wiosny, choć za oknem leżą jeszcze ogromne zaspy śniegu. martwi mnie tylko fakt nadejścia gigantycznych roztopów, z pewnością będziemy mieli błoto po kolana, czarna hańcza rozleje się po okolicznych łąkach, a drogi zrobią się nieprzejezdne. ech, niestety takie są uroki przedwiośnia na wsi...
póki co zaklinam sobie wiosnę w domu, powkładałam cebulki hiacyntów, tulipanów i innych wiosennych kwiatów do uprawy hydroponicznej, wytrzepałam na śniegu dywany, żeby odzyskały troszkę barwy, zamówiłam kolorowe poduszki na kanapę do salonu, no i mam chęć pomalować albo wytapetować gabinet na jakiś kolor. na blogu też mała rewaloryzacja ...było jakoś tak smutno, szaro...czas na zmiany...przygotowuję się przecież na nadejście wiosny, na odrodzenie...a poza tym variatio delectat - odmiana sprawia przyjemność :) zaszalałam więc w corelu, zgłębiłam dość niejasne szyfry kodu html i jest...new look, miało być sielankowo i wiosennie, mam nadzieję że mi się udało ;)

poniedziałek, 15 lutego 2010

sporo działo się przez ostatnie kilka dni. przede wszystkim odwiedzili mnie rodzice, więc w weekend było rodzinnie, ciepło ale i aktywnie...szusowaliśmy na nartach, zaprzęgaliśmy czwórkę koni i jeździliśmy do lasu, a w niedzielę zrobiliśmy sobie dłuuugi spacer -troszkę po zamarzniętych Wigrach, a troszkę po puszczy. to był naprawdę fajnie i miło spędzony czas :) mam nadzieję, że te moje dwie ukochane osóbki troszkę choć odpoczęły od zgiełku miasta, codziennego natłoku pracy, że oczy nacieszyły widokami, bo przecież cudna zima jest w tym roku, cały świat pod wielką śniegową pierzyną, pomalowany na biało...
lubię takie dni, kiedy bez stresu mogę pogotować najbliższym jakieś pychoty, kiedy wieczorne godziny spędzamy sobie przy dobrym winku, albo naleweczkach, zajadając różne dobrotki, rozmawiając i śmiejąc się. przede wszystkim jednak dlatego, że jesteśmy razem! odkąd mieszkam poza domem rodzinnym, brakuje mi czasami takich zwykłych rozmów między najbliższymi, tylko o naszych sprawach, o naszych wspólnie spędzonych chwilach. czasami chce mi się być po prostu dzieckiem, bez świadomości swojej dorosłości , a jak się jest z rodzicami, to chcąc nie chcąc uczucie bycia "małą córeczką" jest ciągle odczuwalne. co, im jestem starsza, jest bardziej przyjemne :)
weekendowego świętowania (czytaj: obżarstwa) skutki odczułam dziś zakładając "normalne" nierozciągliwe jeansy... i nie powiem, że jestem z tego zadowolona...ale z drugiej strony jak pomyślę, ile przyjemności miałam wcinając polędwicę z dzika, pieczoną kaczkę, pierogi czy kartacze...albo tłustoczwartkowe domowe pączki...mniam...to wcale nie żałuję :) teraz dam chyba jednak odpocząć swojemu brzuchowi...trzeba przystopować z kolacyjkami i deserkami...a post to dobry na takie różne "ograniczenia" czas... wiem, że nie jestem sama w takich postanowieniach :) czas na duchową strawę! na realizowanie się w innych dziedzinach niż kulinarne!

środa, 10 lutego 2010

na smutki, żale, dąsy i niedole
muzyka i ciastoterapia
czasami pomaga...!


nowa płyta Sade "soldier of love"+ tarta z wiśniami na migdałowym spodzie z przyrumienioną kruszonką...a creme de la creme wśród moich duetów ostatniego czasu...
muzyka koi zmysły, a pyszny smaczek rozpływa się w ustach i brzuszku -subtelne i wykwintne połączenie :) do mnie to trafia!

poniedziałek, 8 lutego 2010

rozwiane nadzieje
dziwne to uczucie jak się człowiek na coś nastawi i myśli sobie, jak jego życie się zmieni...oczekuje wybuchu supernowej, a tu wszystko wciąga czarna dziura...ech...tak właśnie się teraz czuję, choć wcześniej już wiedziałam, że na dwoje babka wróżyła, że nie ma w takim przypadku nigdy pewności, że ktoś mój projekt oceni dobrze. no ale tak się tylko mówi, że e tam, jakoś przeżyjesz, będzie co ma być, a tu klops i wcale jakoś mi nie do śmiechu...bartek mówi, po co ci unia i jej kasa, przecież ty masz to co najważniejsze w sobie, pomysł na życie, zdolna jesteś i masz do tego dryg...tylko chęci, wiary, odwagi i samozaparcia troszkę dzieciaku! a ja zamiast kopnąć unię w dupę, martwię się...i sił jakoś jeszcze mniej do działania, i choć w głowie coś krzyczy: bierz się do roboty, babo! nie użalaj się nad sobą, bo nie masz powodu i nie masz nad czym...! to jakiś marazm mnie ogarnia. układam sobie plan na następne dni, z czego robię jakąś naprawdę niezbędną małą część, a potem odpuszczam, pozwalam żeby czas przez palce przepływał sobie jak chce... do bani z taką robotą, a właśnie...idę zaraz do bani, może te moje smęty wypocą się jakoś z organizmu...umysł i ciałko się odprężą, chyba potrzebuję odrobiny relaksu...

wtorek, 2 lutego 2010

luty, wtorek, podwieczorek...


Po obiadku dostajemy telefon, ok 18 zjawią się u nas goście...
szafka "ostatnia deska ratunku" z czymkolwiek do herbaty-pusta...
trzeba coś zagnieść, najlepiej szybkiego, prostego i z tego co pod ręką... a miałam taką chęć na chałkę i kakao na podwieczorko-kolację (niestety, drożdżówka wymaga czasu)
więc stawiam na najprostszy na świecie kruchy placek z czymś na wierzchu...powidła odpadają, bo cały zeszły tydzień się nimi objadaliśmy, do orzechów nie mam kajmaku, owoców typu jabłka -brak, ale...są mrożonki... wyciągam paczuszkę czarnych kuleczek, słodkie wspomnienie lata, jagody... tylko z czym to połączyć..bita śmietana? nie mam śmietany...ale na półce leży sobie mój must have lodówkowy, serek mascarpone. no i mam komplet ;) uratowani! ciasteczkowe potwory będą miały swój podwieczorek :)

kruchy placek z jagodami pod pierzynką z mascarpone

ciasto (na blaszkę wielkości tarty):
  • dwie szklanki mąki
  • dwa żółtka
  • pół szklanki cukru pudru+ torebeczka waniliowego
  • 150 g MR masła roślinnego
na wierzch:
  • jagody
  • 1 serek mascarpone
  • 4 żółtka
  • pół szklanki cukru pudru
ciasto zagniatamy dość szybko i wkładamy do lodówki żeby się schłodziło
następnie wykładamy na blaszkę posmarowaną tłuszczem, nakłuwamy widelcem
pieczemy ok. 15 minut na złoto (temp. ok 180*)
wyjmujemy, wysypujemy na wierzch jagody
całość zalewamy zmiksowanym z koglem moglem serkiem mascarpone
pieczemy kolejne 20 minut, aż masa się zarumieni

Ciacho jest pysznie pyszne :) zwłaszcza na ciepło... do tego szklanka mleka, albo aromatyczna kawka. A przez cały wieczór zapewniony fioletowy uśmiech :) No i lato jakby bliżej ...

czwartek, 28 stycznia 2010

zawieje i zamiecie
po siarczystych mrozach (wczoraj -35 w nocy i -24 w dzień) dla odmiany przyszedł czas na opady śniegu oraz wiatr...mikołajewski "sztab kryzysowy" stwierdził, iż może być ciężko z dojazdem gdziekolwiek, więc trzeba zrobić zapasy, póki jeszcze przez zaspy przejeżdża terenowy pick up. rano zebraliśmy zamówienia na zakupy i odbębniliśmy z Bartkiem służbowo-społeczno-pomocowy wyjazd do Suwałk. superowa jest taka zima... jeśli w razie czego jest w pobliżu ktoś kto będzie chciał pomóc. ludzie z sąsiedztwa, chyba z tego mrozu, stali się też jacyś tacy bardziej otwarci, mili...fajnie, że są chęci na wspólne spędzanie czasu. ostatnio jeździmy razem na narty, chodzimy na banię ruską, w sobotę szykuje się jakieś małe przyjęcie, okazja do skosztowania naleweczek...może zabiorę się za pączki...ale jeszcze nie mam za dużego ciśnienia na taką robotkę :)
od niedzieli piekę namiętnie i prawie codziennie placek z wiśniami, na migdałowym kruchym spodzie. zużywam zimowe zapasy konfiturowe, a słoiczków robi się coraz mniej... bartoszkowi tak posmakowało, że nie daje mi teraz spokoju, i na każde wyjście musowo zabieramy ze sobą dymiącą blaszkę :) wczoraj spędziliśmy miły wieczorek, który właściwie zamienił się w nockę u Malczewskich. chłopaki wypili coś na rozgrzewkę, zajadaliśmy się różnymi pychotami i jak to w zimowe wieczory przy piecu, zaczęły kiełkować ciekawe pomysły, odważne plany... w międzyczasie dorzucaliśmy do ognia, posypywaliśmy płytę suszoną lawendą i eukaliptusem...było ciepło, bardzo wesoło i aromatycznie :)
ech, zima na wsi jest fajna...biało, śnieg skrzypi pod nogami, z kominów leci dymek, ludzie się grzeją przy piecach, niektórzy przy gorzałce, a w miłym towarzystwie wieczory nie są takie długie i nudne...
w mieście życie toczy się jakoś zupełnie inaczej, ludzie brną po pracy przez zasyfione chodniki, każdy marzy jedynie o chwili spokoju, a nie o towarzystwie, jedyną wieczorną rozrywką są wiadomości w TV, albo jakiś durnowaty serial...dzień jak co dzień, byle do weekendu...masakra i tak życie upływa. nie chciałabym z powrotem do tego wracać...dlatego cały czas marzy mi się własny dom na wsi i możliwość utrzymania się z pracy na "swoim podwórku"... gdyby dało się tak to wszystko ładnie poukładać...byłoby pięknie :) bo póki co człowiek na tej wsi jest bo jest, i cudnie jest, nie mogę powiedzieć, że nie... ale brakuje jeszcze mocnych korzeni, bo byle wiaterek może powiać i przenieść człowieka zupełnie gdzie indziej...
no ale jestem tu i teraz, zimnica jak cholera i zawiewa śniegiem...piec mi się marzy i kominek!!!


póki co, zakupiłam dziś ubranko fajowskie na termoforek, dalekie jest to od wizji własnego pieca, ale zawsze to jakieś dodatkowe ciepełko :)

poniedziałek, 25 stycznia 2010

błyszcząca tafla jeziora
w lodowe lustro zaklęta
gładka jak szkło prawie
woda w zimowej oprawie


taka sobie składanka zimowa, lodowa...wigierska


cudny był ten wczorajszy spacerek po jeziorze
choć temperatura poniżej -20* to na słonku było bardzo przyjemnie
a widok ze środka jeziora na wysokie, zaśnieżone brzegi przepiękny!
no i jak tu nie kochać zimy, mieszkania na wsi...ech
po ponad tygodniu w mieście, te kilka godzin w ciszy, na lodzie
to jak balsam dla duszy i ciała :)



mój pies był tego samego zdania!
szczęście miał wypisane na pysku
i biegał po lodzie jak wariat :)



czwartek, 7 stycznia 2010

a oto i moja fascynacja tygodnia anginowego..
ZUPA Z GRANATÓW
pierwszą książkę połknęłam dosłownie w jeden dzionek
drugiej części już się nie mogłam doczekać
jak tylko wyzdrowiałam, migiem pognałam do empiku
WODA RÓŻANA I CHLEB NA SODZIE
i jest, mam ją...zaraz zasiadam do czytania...

pierwsza książka jest pysznie wciągająca i są w niej fajne przepisy z orientalnej kuchni..
dziś zaszalałam i zrobiłam dzień pod znakiem orientu, jakoś miałam smaka na takie cuś
na obiad danie z soczewicy z pulpecikami curry i kuskusem, a na deser gusz-e fil czyli uszy słoniowe -całkiem nieźle to wyszło i zjadliwie co najważniejsze :)


a oto i moje uszaki słoniowe i przepis poniżej (z książki "zupa z granatów")

Gusz-e fil

1 jajko

1/2 szklanki mleka

1/4 szklanki cukru

1/4 szklanki wody różanej

1/2 łyżeczki mielonego kardamonu

3 i 3/4 szklanki mąki

6 szklanek oleju roślinnego

do posypania:

1 szklanka cukru pudru

2 łyżeczki mielonego cynamonu

Jajko ubić w misie. Dodać mleko, cukier, wodę różaną i kardamon. Stopniowo dodawać mąkę i wyrabiać powoli na jednolitą masę. Rozwałkować na czystej powierzchni opruszonym mąką wałkiem na grubość arkusza papieru. Szeroką szklanką lub filiżanką wyciąć krążki (około 15). Z każdego krążka kciukiem i palcem wskazującym uformować kokardkę. Odstawić na bok. Olej rozgrzać w głębokim rondlu. Każde ucho smażyć przez 1 minutę. Odkładać na papierowy ręcznik do wystygnięcia. Oprószyć mieszanką cukru i cynamonu.

noooo, taki początek roku to mi się podoba! po anginie, która mnie dopadła w pierwsze dni 2010, wylazłam w końcu z domku. i to nie byle jak, bo prosto na kulig :) na saneczki przyjechali do nas Paulina z Karolem, spędziliśmy razem fajowski dzionek, troszkę na pojadaniu dobrotek, jak na cooki- monstery przystało, a troszkę oglądając dupska końskie- nie ma to jak prawdziwi koniarze ( bo przecież czas wolny od koni należy spędzić na koniach hihi) była pyszna sanna i słonko nawet wyjrzało zza chmurki, no i najważniejsze- nastroje były też dobre. herba z rumem do termosiku, kocyk pod dupeć, aparat do ręki i "z kopyta kulig rwie..." a my sobie podśpiewujemy

Zima, zima, zima
Pada, pada śnieg.
Jadę, jadę w świat sankami,
Sanki dzwonią dzwoneczkami:
Dzyń, dzyń, dzyń,
Dzyń, dzyń, dzyń,
Dzyń, dzyń, dzyń.


Jaka pyszna sanna,
Parska raźno koń.
Śnieg rozbija kopytami,
Sanki dzwonią dzwoneczkami:
Dzyń, dzyń, dzyń...


Zasypane pola,
W śniegu cały świat.
Biała droga hen przed nami,
Sanki dzwonią dzwoneczkami:
Dzyń, dzyń, dzyń...



sobota, 2 stycznia 2010

"Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Rok!
Aby was nie bolała głowa ani bok,
Aby wam się rodziła i kopiła
Pszenica i jarzyca, żytko i wszystko,
Abyście mieli w każdym kątku po dzieciątku
W stodole, w oborze, na polu - daj Boże!"


mój noworoczny, zimowy kalejdoskop

W Mikołajewie piękna zima, cudna pogoda w dzień Sylwestrowy i Nowy Rok
Impreza też się udała, najpierw ognisko i bigosik w pięknych okolicznościach przyrody,w lesie nieopodal Czarnej Hańczy, a potem tańce w Pensjonacie wigierskim u Haliny :) Była nas 12-tka, przegląd ludności polski -od gór po morze :) Było baaardzo wesoło i sympatycznie! Rano poszliśmy sobie na banię, zrelaksować się po aktywnej nocy...muszę powiedzieć, że porządnie się wygrzaliśmy, wypociliśmy toksyny z organizmu, a kąpiel w Czarnej Hańczy dała niezły zastrzyk energii. do tego było sporo emocji przy zanurzaniu się w lodowatej wodzie, kupa śmiechu przy tarzaniu się w śniegu, jednym słowem rewelacyjnie rozpoczęty noworoczny dzionek ... mam nadzieję, że zrobiliśmy doby podkład pod przysłowie "jaki Nowy Rok taki cały rok" ;) bo przecież wstaliśmy wcześnie, by zapobiec lenistwu i ospałości w nadchodzącym roku, następnie dobrze i suto zjedliśmy, a dzień cały do białego rana spędziliśmy miło, radośnie, nie kłócąc się z innymi :) Goście zostali u nas do następnego dzionka, dziś rano po śniadanku znowu zrobiło się pusto i cicho, no i oczywiście troszkę smutno, bo z niektórymi zobaczymy się pewnie nieprędko...
Odpoczywam, spać mi się jakoś chce, trzeba ogarnąć dom, dokończyłam fajną książkę "dziecko gwiazd, Atlantyda", jak będzie chwilka to podumam nad postanowieniami noworocznymi. Coś trzeba sobie narzucić, nie ma jak się wykręcić, w końcu to Nowy Rok a robienie postanowień to bodaj najstarsza noworoczna tradycja, a tradycja rzecz święta! :)



a tak pięknie było przed domem...
"Jak Nowy Rok jasny i chłodny - cały roczek pogodny i płodny" :)



a dziś idziemy na dziady noworoczne, grać i śpiewać kolędy :) no i szczodraków trzeba napiec :)

zaczyna się karnawał :)
jeszcze kilka świątecznych impresji...
moja
radosna twórczość, czyli rękodzieło świąteczne :)







Święta, święta i po świętach....jak co roku, z tą tylko różnicą, że za każdym razem czas leci coraz szybciej. im człowiek starszy, tym mniej cieszą prezenty pod choinką, a bardziej czas spędzony z najbliższymi, zwłaszcza z tymi starszymi, których może wkrótce zabraknąć...
ech, na Wigilii brakuje prababci Stasi, która doceniała i celebrowała te święta tak jak należy, duchowo i religijnie, podśpiewywała sobie kolędy, piekła tyle makowców, żeby każdy w rodzinie dostał swój, rankiem odwiedzała żłóbek w kościele, a wieczorem oczywiście szła na Pasterkę....94 lata, Święta Kobieta...tęskno mi też za dziadkiem Józiem, strasznie smutno i cicho jest w domu przez święta, bez tych jego niekończących się historii, życiowych opowieści z morałem...
Niestety na te święta los sprawił nam niemiłą niespodziankę, przypomniał, że "życie to nie je bajka" jak mawiała prababcia. zachorował ciężko babci brat, zamiast czaru i magii tych dni, przerabialiśmy raczej czarny scenariusz...na szczęście teraz jest troszkę lepiej, ale nadal czekamy w niepewności na wyniki histopatologiczne...
z sielanki świątecznej pozostały tylko wspomnienia, stroiki, i cała masa jedzonka...

sobota, 19 grudnia 2009


no i jest już w domku choinka, od razu zrobiło się jakoś tak miło, świątecznie. dziś odchorowuję 3 dniowe łażenie po lesie przy -17 stopniowym mroziku, nie wydawało mi się żebym przemarzła, ale widocznie przedobrzyłam troszkę. wyjazd do domku odłożony na jutro, i dobrze właściwie się stało, mam czas na drobne sprawy, które chciałam tak właściwie już olać. przysiadłam też do kartek świątecznych, teraz tylko jeszcze zaadresujemy wspólnie koperty i niech idą w świat...


czwartek, 17 grudnia 2009


-17 na termometrze, ale w serduchu ciepełko...
od dziś trzymam kciuki za powodzenie pewnej sprawy, o której pisać nie będę. wszystko wyjaśni się, mam nadzieję pozytywnie, na pewno pozytywnie! po świętach. Czekam na zmiany...I oby Nowy Rok okazał się łaskawy, dla nas wszystkich, żeby świat odkręcił się o 180 stopni, żeby było z czego się radować! to takie moje przedświąteczne, noworoczne właściwie już też, życzenia...
...a w domu znów nie ma Zielonej Pani, dzisiejsze poszukiwania chojny nie powiodły się, na jutro wyznaczam sobie ostateczną rozgrywkę...w desperacji robię kolejne świateczne ozdoby, krzątam się po kuchni, czas leci, 6 dni do Świąt... - 20 na podwórku, a ja ściskam mocno kciuki i wcale nie marznę! :)

środa, 16 grudnia 2009



u hu ha, u hu ha....
idzie zima bardzo zła...

a my się zimy nie boimy, dzielnie z Lichotem przemierzamy mikołajewskie łąki i lasanki, dziś nakryliśmy nawet złodziei chojny! a propos...to ja jeszcze swojego drzewka świątecznego nie znalazłam, łażę i łażę ale nic ciekawego nie wypatrzyłam. jutro zahaczę może o wysoki most i głęboki bród, może tam cościk będzie odpowiedniego. coraz większy mrozik na podwórku, nawet troszkę śniegu dosypało, został tydzień do świąt...
a zaraz jedziemy do Malczewskich, piec białą kiełbaskę w piecu, z cebulą oczywiście i grubo zmielonym piercem, do tego ogórki kiszone i kapusta...ach, chodziła ta kiełbaska za nami od zeszłego tygodnia...Bartek na tą okoliczność, zakupił dziś 1,5 kg świeżutkich pętek prosto z masarni. mniam, pychoty się szykują!
tymczasem kończę wyplatać swoje stroiki, jeszcze mam zamiar pocztówki zrobić, ale to już na koniec, ech zawsze na to czasu braknie...odliczam dzionki do świąt, a w sobotę jadę już do domu. i zaczną się prawdziwe przygotowania: pieczenie makowców, pierniczki, postna kapusta z grzybami i śliwkami, mięska różne, pasztety, ubieranie chojny no i ostatnie zakupy prezentowe.

niedziela, 13 grudnia 2009

Dzień Świętej Łucji

w ten dzień w Szwecji obchodzone jest święto światła, pochód Świętej Łucji wędruje od domu do domu, z najpiękniejszą dziewczyną w przebraniu świętej, ze świeczkami na głowie. tego dnia pije się glogg, czyli czerwone grzane wino z przyprawami i wcina się bułeczki z rodzynkami i szafranem.
My dziś świętowaliśmy ten dzień po swojemu, zapaliliśmy ogienek w lesie, wcinaliśmy wczorajsze bułeczki lussekatter, popijając grzańcem...no oczywiście była też standardowo kiełbaska, słoninka, cebula, czosnek, przecier pomidorowy i musztarda...bez tego się nie da! dzionek minął bardzo fajnie, spokojnie, bez większych napięć ;) nikomu nigdzie się nie spieszyło, nic nie wisiało nad głową...
lubię te nasze ogniska bardzo, zwłaszcza jak się spotykamy przy nich ze znajomymi, wspominamy wygłupy z dawnych czasów. i chociaż człowiek jest tu i teraz, to jakby czas zatrzymał się w miejscu, dalej się jest studenciakiem, dwudziestolatkiem, który nie zaprząta sobie głowy problemami życia codziennego, rodziną, kasą... błogie uczucie beztroski :) a do tego piękne okoliczności przyrody, mrozik lekko szczypie w nos, drewka trzaskają w ogniu, a płomienie ogrzewają zmarznięte ciałko...po prostu fajowsko!

sobota, 12 grudnia 2009

ech, pięknie jest, pięknie....
grudzień nastał, adwentu czas, czas refleksji i oczekiwania

i niech sobie spokojnie płyną dni do 24, w kuchni w końcu zaczyna pachnieć, ozdoby choinkowe, stoiki powoli zapełniają dom, tylko jeszcze chojny brakuje, ja już chciałam po nią jechać, ale chłop się zaczął śmiać, że jeszcze prawie dwa tygodnie do świąt, żebym przestała cudować :( no to zaczekam jeszcze te kilka dni, co by nie złościć drażliwego człowieka...

początek grudnia przyniósł wyczekane zmiany, czarne serie nieszczęść poszły w niepamięć, kręgosłup przestał boleć, projekt unijny jakoś się napisał, z wielkim trudem, ale zrobiony, gotowy, oddany...uff, teraz pozostało tylko zaczekać na wyniki konkursu, jestem dobrej myśli, może zacznie się jakiś nowy etap w życiu, może uda się coś swojego zacząć robić, może....



od ranka krzątam się po kuchni, bułeczki adwentowe a la Lussekatter Pauliny już gotowe, pięknie pachnie przyprawkami i ciachem drożdżowym w całym domu, dzik też już się maceruje w zalewie, rosół wesoło pyrka na ogienku...jest dobrze

w tamtym tygodniu dwa miłe spotkania się zdarzyły, miłe wieczory spędzone u przyjaciół, u Pauliny i Karola, oraz u Malczewskich. a teraz czekam na naszych gości, na Monikę i Jarka, mają się u nas pojawić na weekend, z kołdunami z baraniny, do tego mojego rosołu...
pies wykąpany, posłanka wyprane, tylko siebie muszę ogarnąć, bo jeszcze jestem w powijakach ;)
i tak to mija sobota...

niedziela, 29 listopada 2009

weekendowo, przedadwentowo...

za mną dwa superowe dzionki.
gorączka sobotniej nocy, najpierw bardzo fajny koncert u prof. Strumiłły, barokowe pieśni i tańce, troszkę Andrzejkowy, troszkę historyczny. siedzieliśmy w pierwszym rzędzie więc raz, że mogliśmy podpatrywać wszystkie te śmieszne kroki i miny tancerzy, co wzbudzało przynajmniej we mnie przypływ endorfin, dwa- że nie zmarzliśmy tak jak cała reszta z tyłu, ponieważ docierało do nas ciepełko od rozpalonego kominka. a występował zespół z Krakowa, z Wawelu -Flori pari. Trzeba przyznać, że niesamowicie uzdolniona grupa ludzi. słyszałam ich już w kilku zupełnie odmiennych "stylach muzycznych" i zawsze mi się podobało. a jak się odprężyłam przy tej skocznej, żwawej muzyczce! nogi same się do tańca rwały. ...i tak w dobrym nastroju, po koncercie, trafiliśmy na domówkę/wchodziny u Sęków, w stadninie. kilka naprawdę mile spędzonych godzin w fajnym towarzystwie, w przyjemnej atmosferze. objadłam się za wszystkie czasy, skosztowałam przednich nalewek, a to z derenia, maliny, czy śliwki. było winko, dobra muzyka i rozmowy "o życiu" do późnych godzin nocnych...
lazy sunday, ale właściwie dość zapracowana ta niedziela, owocem uwijania się kilku godzinek w kuchni była baba ziemniaczana oraz jabłecznik. na obiadku pojawiła się rodzinka suwalska, zajadaliśmy się kuglem /kartoflakiem ;) aż do syta. jak to czasami mało trzeba do szczęścia, 5 kg ziemniaków, trochę skwarek, a cała familia mlaskająca ze smakiem i uśmiechnięta, uwielbiam takie chwile... potem słuchaliśmy muzyki polegując na kanapie, gadaliśmy, śmialiśmy się...taka popołudniowa sjesta z pełnym brzuszkiem. a z ciachem, które z racji obżarstwa obiadowego, zostało prawie całe, wybraliśmy się wieczorkiem do pobliskiej leśniczówki, do moich znajomych jeszcze z parkowego epizodu stażowego. zgadaliśmy się na wczorajszym koncercie, że trzeba się spotkać, blisko mamy do siebie, a jakoś tak nigdy nie po drodze. no i zjawiliśmy się u nich na pogaduchach, przy herbatce, smakowitościach rozmaitych...bardzo miły wieczorek, fajne zakończenie udanego weekendu...